moje pisanie

Początek
Było zimowe, marcowe popołudnie, za oknem szarówka. W pokoju panował półmrok, na urodzinowym torcie migotało 35 świeczek ciepłym blaskiem. Dwie roześmiane buzie śpiewały „Sto lat”, klejące rączki próbowały oderwać czekoladowe kulki z tortu, pies strącił ogonem łyżeczkę ze stołu.  Mężczyzna przyłączył się do piosenki i głośniej zawołał na koniec:
- …niech żyje, żyje nam! A kto?!
- Mama!
- Pomyśl życzenie – szepnął do mnie.
Zdmuchnęłam świeczki, wszyscy bili brawo, składali życzenia. Dzieci wręczyły mi laurki i szybko usiadły do stołu, tata zaczął kroić ciasto.
Dla nich ta szopka, tort i laurki. Gości nie będzie. Odkąd na grobie babci zobaczyłam datę, która jednocześnie wskazywała jej dzień śmierci i moje 19 urodziny, nie chcę świętować.

Byłam w klasie maturalnej i wraz z rówieśnikami nie mogłam doczekać się zakończenia liceum i rozpoczęcia nowego etapu w życiu.
Dobitniej niż kiedykolwiek zrozumiałam wtedy, że coś się skończyło, że nowy początek jest pozorny, że tylko koniec jest prawdziwy. Skulona pod ciężarem słów, których nie chciałam nigdy usłyszeć, leżałam na podłodze w kuchni i jedyne o czym myślałam, to żeby przestało boleć.
- Halo – głos dziadka był zimny. Milczeliśmy przez chwilę.
- Babcia… - serce zaczęło mi mocniej bić.
- Babcia nie żyje – wyrzucił z siebie i natychmiast odłożył słuchawkę.
Nic nie odpowiedziałam. On stracił kobietę, z która żył 50 lat. Stracił swoje dotychczasowe życie. Ja straciłam babcię, z którą byłam zżyta bardziej niż z kimkolwiek innym. Przy niej odnajdywałam ciszę i spokój. Przy niej miałam swój prawdziwy dom, nawet jeżeli odwiedzałam ją jedynie na wakacjach i w czasie świątecznych przerw. Pozostałe miesiące były przeczekaniem, przezimowaniem. Jadąc do niej czułam, że znów wracam na swoje miejsce.
Gdy odeszła, straciłam znacznie więcej niż swój dom rodzinny. Straciłam punkt odniesienia. Zgubiłam siebie.

Krystynę zaalarmowała siostra, dzwoniąc rano do jej pracy. Wydukała tylko, że źle bardzo z ich mamą. Nieświadoma sytuacji Krysia nie spakowała czarnych ubrań. Przed wyjściem wypaliła paczkę papierosów, zostawiając ciężką zawiesinę dymu w mieszkaniu. Pobiegła na dworzec, złapała jedyny w tym dniu pociąg do Zamościa i spędziła 7 godzin w podróży wierząc, że jedzie do chorej matki. Nie zauważyła nawet klepsydry, którą siostra zdążyła już wywiesić na drzwiach klatki schodowej.
Nie poczekała na mnie, nie napisała żadnej kartki. Gdy biegła z pracy do domu, zahaczyła o szkołę, ale ja dopiero wychodziłam z mieszkania na lekcje. Minęłyśmy się, tak jak mijałyśmy się całe życie. Na drugiej przerwie koleżanka wspomniała, że jakaś pani pytała o mnie zdenerwowana. Złapałam torbę, zwolniłam się z lekcji i pobiegłam, ale w domu czekał tylko zatykający, gęsty smród i niema pustka.
Serce waliło mi w gardle. Pierwszą myślą był telefon do domu dziadków. Po nim już nic nigdy nie było takie same.
Nie wiem ile czasu przeleżałam na podłodze w kuchni. Dopiero gdy zmarzłam, zdrętwiałymi palcami złapałam krawędź stołu, zmuszając się, by wstać. Cuchnący dym papierosowy zatykał wszystkie pory, kręciło mi się w głowie, w ostatniej chwili dobiegłam do łazienki i zwymiotowałam. W skroniach pulsowały resztki słów dziadka: „Nie żyje, nie żyje...”.
Dzień ciągnął się bez końca. Najpierw wpadł ojciec z życzeniami urodzinowy i równie szybko wypadł, gdy powiedziałam, co się stało. Potem przyjechał korepetytor z angielskiego, o którym zapomniałam, zapadając się coraz głębiej w siebie. Ściskając moje lodowate palce swoją ciepłą dłonią złożył życzenia, potem kondolencje i wyszedł. Wieczorem przyjechał chłopak i dopiero przy nim zasnęłam, wierząc że rano będzie mniej bolało.
Babcia odeszła 3-go marca o 5:50 rano, dokładnie w ten sam dzień i o tej samej godzinie o której ja się urodziłam 19 lat wcześniej. Zawsze umiała wyjść z klasą.

Kolejne miesiące tkwiłam w transie, powtarzając te same czynności: jadłam, spałam, uczułam się do matury i próbowałam ekscytować się egzaminami na studia. Śmierć babci spowodowała pustkę tak dojmującą, że chwilami zaczynało brakować mi tlenu i w panice łapczywie łykałam powietrze.
 W domu z każdego kąta zerkała tęsknota. Mama chudła, milczała, płakała. Zapadała się w kolejne warstwy żałoby, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Chwilami miałam ochotę podejść do niej i nią potrząsnąć z całych sił, wykrzyczeć, że ja też cierpię, że jej nieobecność potęguje mój ból.
 Tymczasem wiosna rozbuchała się na dobre, słońce zapraszało na spacery, zieleń parków nęciła. Po lekcjach błąkałam się godzinami alejkami wysypanymi drobnym żwirem i z każdym dniem coraz trudniej było mi wracać do domu.
W połowie maja było już po wszystkim, matura zdana, świadectwo odebrane, pozostało tylko dostać się na studia i zacząć resztę życia.
Nie rozmawiałyśmy o babci. Mama po pracy udawała, że ogląda seriale, ja udawałam, że uczę się do egzaminów na filologię romańską. Ona niezmiennie w czerni, ja coraz odważniej w kolorowych bluzkach. Ona z zaciśniętymi ustami, ja ze spuszczonym wzrokiem. Obie w ciszy, w jednym mieszkaniu, w dwóch pokojach, oddzielone ścianką działową dwie obce sobie galaktyki. Każdy dzień tkał coraz większą pajęczynę milczenia między nami, powoli, skrupulatnie, nić za nicią.
Mój pokój zaczął maleć, z półek spadały książki, zahaczałam łokciem o biurko, stopą o nogę krzesła. Obijałam się o dobrze znaną przestrzeń, jakbym stąpała po obcej planecie. Nie rozpoznawałam przedmiotów. Ktoś zerkał ze zdjęcia, uśmiechał się, jakaś bluza rzucona niedbale pod łóżko zbierała kurze, jakieś pocztówki na ścianie krzyczały jaskrawymi kolorami. Otwarte okno nie wpuszczało powietrza, choć wiatr wyraźnie kołysał firanką.
Wieczorami chodziłam na palcach, mimo że mama nie spała. Nasłuchiwałam tykającego zegara, kapiącej wody z nie dokręconego kranu. Siedziałam do późna przy biurku i pisałam, aż z bólu drętwiały mi palce.
Noc nie przynosiła ukojenia. Materac był zbyt twardy, poduszka zbyt miękka, kołdra zbyt ciepła. Zapadałam w krótkie sny, przerwane palącym pragnieniem, zrywałam się i spękanymi do krwi ustami zachłannie piłam wody.
Gdy byłam już bliska uwierzyć, że ten obłęd, w którym tkwię, nigdy nie minie, pod koniec maja zadzwonił telefon:
- Halo?
- Bonjour ma cherie!
- Asia? Dobrze cię słyszeć! – poczułam, jak przyjemne ciepło rozlewa mi się wzdłuż linii kręgosłupa.
- Jak matura z francuskiego?
- Zdana! Nie było innej opcji, prawda? - zmieszana swoim entuzjazmem ucichłam.
- A kiedy egzaminy na uniwerek?
- Dopiero w lipcu…
- To przyjedź do Paryża, jest praca w kafejce, podszkolisz język.
Jej głos radośnie brzmiał w słuchawce, niemal widziałam, jak się uśmiecha. Poczułam, jak krew szybciej pulsuje mi w skroniach, kąciki ust mimowolnie rozjeżdżają się na boki. Paryż. Ja w Paryżu. Ja w Paryżu sama. I wolna!
Chłopakowi pomysł się nie spodobał. Mamie tym bardziej. I tym bardziej musiałam wyjechać.
Wizja sześciu najbliższych tygodni w martwym domu, na początku lata, gdy teoretycznie powinnam tryskać radością, a w rzeczywistości uginam się pod ciężarem dojmującego smutku wydzierającego z każdej klepki podłogowej i codziennie setki razy padam na kolana z przekonaniem, że już się nie podniosę, że zdechnę w tej otchłani ciemności i rozpaczy, to wyrok.
Ale sześć tygodni w Paryżu, nawet jeżeli śpiąc na podłodze w mieszkaniu koleżanki, nawet jeżeli pracując w podrzędnym barze i nawet jeżeli jedząc codziennie zupki chińskie, to szansa. Wybawienie.

Czekając na autokar mocno ściskam paszport w ręce, śmieję się za głośno, poprawiam setny raz włosy. Chcę cieszyć się perspektywą kilku tygodni w Paryżu, ale gdy tylko odfruwam w euforii, zaraz na ziemię sprowadzają mnie wyrzuty sumienia.
- Najpierw babcia mnie zostawiła, teraz ty… – brzęczą słowa mamy.
 - Musisz jechać? Ale wrócisz? – dopytuje chłopak z coraz mniejszą pewnością w głosie.
W autokarze jest duszno, ciasno i śmierdzi. Zamykam oczy, przede mną cała noc jazdy, zdrętwiałe nogi, obolały kark, poskręcane kiszki. Po północy kierowca podkręca klimatyzację, z zimna nie mogę zasnąć. Chucham na szybkę i lodowatymi palcami rysuję serduszka. O 3h nad ranem postój. Wychodzę z autokaru, choć nie wiem po co. Czerwcowa noc przeszywa chłodem, zakładam drugą bluzę, naciągam kaptur. Grupka mężczyzn w milczeniu pali koło kosza, kobiety w pośpiechu szukają toalety na stacji benzynowej. Każdy opuchnięty, rozczochrany, z odciśniętą bluzą na policzku. Ktoś wyciąga kanapki, cierpki zapach gotowanego jajka i kiełbasy wybudza mnie ostatecznie z transu podróży.
Co ja tu robię? Jak dam sobie radę w paryskim bistro, skoro cały mój francuski to jedynie wyuczone formułki? Szybciej zapadnę się pod ziemię, niż zapytam kogoś o drogę! I ten akcent wschodni, nikt nie zrozumie co mówię, nawet jeżeli skonstruuję zdanie trzykrotnie złożone w czasie zaprzeszłym!
Brak komfortu, brak przestrzeni, brak zachowania minimalnych granic własnej prywatności podczas 19 godzin jazdy autokarem z grupą przypadkowych ludzi doprowadza mnie do obłędu! Wdech. Musze zasnąć, w porannym świetle sytuacja nabierze lepszego kształtu. Wydech. Tego chciałam, Paryża, pracy, zajęcia przez 24 godziny. Nie myślenia.
Autokar wjeżdża na place de la Concorde w samo południe. Wychodzę z ulgą z cuchnącej konserwy, koła walizki rytmicznie stukają na kostce brukowej. Razi mnie słońce, jeszcze słabe, ledwo czerwcowe, ale już wystarczająco pewne siebie, by oślepiać. Nagle czuję, jak ciepły podmuch przesączony kurzem i spalinami otula mnie mocno. Paryż wita się ze mną.

Metro
Tłok. Ludzie cisną się na peronie nerwowo spoglądając na zegarek. Podmuch ciepłego powietrza oraz światła w tunelu zapowiadają przyjazd pociągu. Duszące powietrze wibruje od wysokiego pisku hamulców. Gryzący kurz miesza się z metalicznym, lepkim odorem drażniącym nozdrza. Ktoś naciska zielony przycisk i drzwi otwierają się. Nikt jednak nie czeka, aż przyjezdni wysiądą. Każdy pcha się na siłę, chwyta poręczy, czyjejś marynarki, czyjegoś swetra. W uszach rytmicznie brzmią słowa tych, którzy nie zdążyli jeszcze wysiąść „pardon, merde, o la la!”. Sygnał zamykanych drzwi i metro rusza. Beze mnie.
Tym razem muszę się wcisnąć. Mija kila minut, nadjeżdża kolejne metro. Powtarzam cały obłędny rytuał: zielony przycisk, niekończące się pardon z moich ust, spuszczony wzrok i w końcu udaje się. Jestem w przedziale, trzymam się kurczowo metalowej poręczy i z nieukrywaną satysfakcją spoglądam na tych, którzy pozostali na peronie. Pociąg rusza. Mam jeszcze szansę zdążyć na czas do pracy.
Za oknem migają przewody drażniąc oczy czerwonym i złotym światłem. Ludzie przytuleni do siebie wbrew ich woli, przechylają się miarowo w obydwie strony przy każdym zakręcie. Tylko nieliczni mają możliwość trzymania się części stałej przedziału, reszta zdana na prawa fizyki poddaje się sile tłumu. Co druga osoba czyta książkę opartą o plecy współpasażer, przerzucając kartki nosem. Na kolejnej stacji z ciasnego zlepku pasażerów wysiadają odprasowani bankierzy, sekretarki w stylowych garsonkach, uczniowie w mundurkach i dystyngowane starsze panie.
Pomimo wczesnej godziny w przedziale panuje zaduch. Wszystko się klei, wszystko cuchnie. Charakterystyczny zapach metra unosi się za mną przez cały dzień, odkąd tylko do niego wsiądę. Metaliczna woń natychmiast wsiąka w skórę, włosy, ubranie, jak w gąbkę i przy każdym ruchu przypomina o sobie.
Trasę metrem z dziewiątej dzielnicy Paryża do szesnastej od której zaczynałam poniedziałkowy dzień pracy pokonywałam w 40 minut. Skazana na niewygodę, pot własny i współpasażerów w wagonach bez klimatyzacji, by nie marnować czasu na bezproduktywnym gapieniu się w okno, a jednocześnie z chęci upodobnienia się do Paryżanek, zaczęłam czytać w metrze. To pewnego rodzaju mania Francuzów - czytanie podczas każdej wolnej minuty, czytanie na stojąco, siedząco, przed pracą i po pracy, w kolejce, w korku, w autobusie i w pociągu. Poranny czas z książką pozwalał mi złapać dystans do tego, co czekało na mnie w ciągu dnia
Był początek sierpnia. Stolicę Francji oblewał niemiłosierny upał. Żar kapał prosto z nieba, powietrze gęstniało, brakowało tlenu. Wszechobecne spaliny mieszały się z kurzem, zapachami jedzenia z piekarni i restauracji oraz charakterystycznym odorem rozgrzanego metalu wyłaniającym się ze stacji metra. Lepkie, cuchnące powietrze doprowadzało do szaleństwa. Smród współczesnej metropolii. Zapach miasta.

Parc Luxembourg
 Bulwar St.Michel skupiał liczne domy wydawnicze i księgarnie, które wystawiały stoły z używanymi książkami bezpośrednio na trotuar. Godzinami przeszukiwałam zbiory z satysfakcją wynajdując ciekawe tytuły. Zaintrygowana odczytywałam fragmenty, które poprzedni właściciel podkreślił w książce. Brukowanymi ulicami spacerowali pisarze, studenci Sorbony, uczniowie elitarnego liceum Henryka IV. Czas na St.Michel zagubił się w labiryncie wspomnień. Wystarczyło przymknąć oczy, poczuć zapach starego, zakurzonego papieru, zasłuchać się w szepty przewracanych stron, by odnaleźć klimat artystycznej dzielnicy z minionej epoki. 
Przerwę w pracy spędziłam w Parku Luxemburskim, który mieści się w sercu Quartier Latin. Usiadłam na jednym z metalowych krzeseł niedbale rozrzuconych wzdłuż bocznej alejki. Podciągnęłam kolana pod brodę i wystawiłam twarz do bladego, wrześniowego słońca. Wpatrzona w ogromną, kamienną donicę wypełnioną purpurowymi kwiatami łagodnie opadającymi poza jej brzegi próbowałam nie zwracać uwagi na natarczywe wróble, które upominały się o okruchy kanapki. Uwielbiałam park Luxemburski, jego dostojność, symetryczne alejki wysypane drobnym piaskiem, klasyczne rzeźby, fontannę przy której dzieci puszczały łódki z kolorowymi żaglami. Uwielbiałam poczucie anonimowości, jakie dawały liczne zaułki. Park łączył w sobie elegancję ogrodów wersalskich z przytulnym ciepłem, jakie dają przydomowe ogródki.
Zaczęłam pisać list. Słowa na kartce nie chciały się jednak układać, nie pasowały do siebie tworząc niezrozumiałe zdania, które przekreślałam jedno po drugim. Papier krył prawdę a ja nie znałam słów-kluczy, by otworzyć furtkę. Niemoc werbalna przysiadła na krześle obok i z drwiną zaglądała mi przez ramię. 
Kolejny nie wysłany list. Piękno i harmonia miejsca zaczęło mi uwierać, przytłaczać doskonałą przestrzenią. Zbyt zielona trawa, zbyt równe alejki wysypane zbyt jasnym piaskiem. Zbytnia cisza. Wspomnienia powracały, pojawiały się jedno po drugim jak klatki niemego filmu.  
Nagle wiatr się nasil wznosząc tumany kurzu. Ciężkie chmury przysłoniły ostatnie tego dnia promienie słońca. Zawinęłam się szczelnie szalem, przetarłam oczy chłodną dłonią i wyrzuciłam zgniecioną kartkę wychodząc pośpieszenie z parku. Poczułam nieprzyjemną lekkość. Nie byłam do tego jednak przyzwyczajona. 

Danuta
Paryż zaskakiwał różnorodnością zabudowy i wyraźną odrębnością poszczególnych dzielnic. Nowoczesna La Defense w całości zalana szarym betonem i pstrokatym szkłem nie zachęcała do kolejnego spotkania. Kanciaste formy, ostre zakończenia balustrad i bezosobowe bryły paraliżowały zimnem.
Jechałam przeszkloną windą na 38 piętro ściskając w drżącej, lodowatej dłoni kartkę z adresem. Klucząc chwilę po niekończącym się labiryncie korytarzy wyłożonych grubym, bordowym dywanem w końcu znalazłam właściwe drzwi.
Starsza, dystyngowana kobieta drobnej postury powitała mnie łamanym francuskim. Początkowo robiła wrażenie zdystansowanej, szybko jednak rozpromieniała, gdy odpowiedziałam po polsku, a jej delikatny uśmiech rozsypujący pajęczynę drobnych zmarszczek wokół ust towarzyszył nam do końca spotkania. Ciepłym gestem zaprosiła mnie do przestronnego mieszkania, w którym w całości przeszklona ściana dawała niezwykły widok na lewy brzeg Sekwany. Imponująca panorama miasta, dachy Paryża otulone ciepłymi promieniami porannego słońca oraz świadomość, że znajduje się na ostatnim piętrze luksusowego apartamentowca sprawiły, że poczułam się jak w kadrze romantycznego filmu. Brakowało tylko świec i przystojnego bruneta. Danuta tymczasem przygotowała nam herbatę krzątając się w kuchni. Co jakiś czas poprawiała opadające na czoło siwe kosmyki i dyskretnie strzepywała z wełnianej spódnicy okruszki ciasta, którym intensywnie pachniało w mieszkaniu.
Już od pierwszej chwili zaskoczyła mnie szczerym zaciekawieniem i niebywałym, wręcz namacalnym sentymentem, z jakim opowiadała o swoim barwnym życiu polsko-niemieckiej Żydówki mieszkającej w Paryżu. Z równie wielkim zaangażowaniem i otwarta buzią chłonęła wszystko, co opowiadałam o Polsce. W jej łamiącym się głosie czułam wdzięczność za możliwość rozmawiania po polsku, choć nie jestem pewna, która z nas wyniosła więcej z tego spotkania.
Danuta była moją ostoją normalności. Przy niej łapałam właściwą perspektywę i odzyskiwałam dystans do swojego życia w Paryżu. Poznani tu Polacy w większości stanowili masę robotniczą. Odstawałam od nich, choć trudno było mi przyznać się do tego na głos. Nie mieliśmy wspólnych tematów, ani podobnych światopoglądów, nie wyznawaliśmy tych samych wartości. Różnicę dało się odczuć na każdej płaszczyźnie, nawet fakt z jakiego regionu Polski pochodzimy podkreślał przepaść między nami. Ja - kończąca studia wyższe, mówiąca biegle po francusku, nie na dorobku, a jedynie na wakacyjnym wyjeździe i z zachodniej części kraju. Oni - bez wykształcenia, bez języka, bez perspektyw powrotu do wschodnich regionów Polski. Ja byłam w Paryżu, bo chciałam. Oni bo musieli. 
Pomimo zaawansowanego wieku Danuta prowadziła bardzo aktywne życie. Przyjeżdżała po mnie metrem i razem odwiedzałyśmy wystawy w maleńkich, kameralnych galeriach. Do kina uwielbiała chodzić sama, najczęściej na francuskie komedie. W pochmurne dni urządzała seanse filmowe wybierając tytuły z własnej, imponującej kolekcji płyt. Pamiętam wspólne kolacje z oszałamiającym widokiem na zasypiający Paryż. Pamiętam roześmiane iskierki w jej oczach, gdy z wypiekami na twarzy opowiadała anegdoty o swoich synach z czasów ich dzieciństwa. Wtedy śmiech dzieci odbijał się miękko od ścian przytulnego mieszkania. Później gdy synowie dorośli i się wyprowadzili, a mąż zmarł, uciążliwa cisza roztrzaskiwała się z hukiem o każdy kant mebli. Czas zaczęły odmierzać kolejne, wyczekiwane podróże do Polski, gdzie na świat przyszły wnuki. Nigdy jednak nie zdecydowała się na powrót do kraju. Jej domem był Paryż.
Któregoś dnia Danuta postanowiła kupić komputer, by mieć kontakt z rodziną i przyjaciółmi, a ja miałam nauczyć ją obsługi Internetu. Spędziłyśmy kilka tygodni w kawiarence internetowej, gdzie bez pośpiechu oswajałam ją z obsługą poczty elektronicznej. Pisałyśmy do siebie kolejne lata zawsze z tym samym entuzjazmem. Ona nadal z Paryża, ja już z Polski.
Takie znajomości zostają w nas na zawsze. Bez nich bylibyśmy niekompletni. 

Zofia
Przez uchylone drzwi do łazienki zobaczyłam jej zgarbioną sylwetkę. Stała naga od pasa w górę, próbując założyć kwiecistą bluzkę. Jej poorane czasem ciało, zmarszczone jak rodzynek, wzbudziło we mnie tkliwość. Nie chciałam jej przestraszyć, podeszłam bliżej i jeszcze raz, tym razem głośniej, powiedziałam: „Dzień dobry”. Wzdrygnęła się zaskoczona i naciągnęła niezdarnie ubranie. Szurając sfatygowanymi papciami po klejącym parkiecie, zaprowadziła mnie do salonu. Iza wspomniała, że kobieta ma ponad 80 lat, że mieszka z dorosłym, chorym na schizofrenię synem i że w pierwszej kolejności trzeba zrobić zakupy i pomóc przygotować posiłek, zostawiając sprzątanie na koniec. Nie powiedziała jednak najważniejszego. Zofia płakała. Nieustannie. Każdy słaby oddech przeplatał się z gorzkim westchnieniem. Żałosny lament opadał ciężko pod powiekami rysując głębokie cienie.
Zofia mieszkała w trzeciej zonie Paryża, na peryferiach miasta, gdzie nie dojeżdżała żadna linia metra. Z dworca St. Lazar przesiadałam się na pociąg i po około kwadransie wysiadałam w uśpionej dzielnicy. Szare kamienice wplecione pomiędzy równie szare chodniki przypominały wyludnioną planetę. W rzeczywistości podparyskie osiedla wracały do życia tylko na chwilę dopiero późnym popołudniem, gdy wylewające się ze stacji kolejowych tłumy mieszkańców wracały z pracy do domu. Wieczorem dzielnicę ponownie oblepiała niema pustka.
Zazwyczaj udawało mi się mieszkać w samym Paryżu, gdzie wszędzie szybko dojeżdżałam metrem. Ale pewnej zimy zamieszkałam u pary znajomych Polaków właśnie w trzeciej zonie i miałam okazję przekonać się, jak toczy się życie na paryskich przedmieściach. Spacer z mieszkania na dworzec dość prężnym krokiem zajmował dobre 15 minut. Następnie czekałam na RER’a - szybką kolejkę jeżdżącą w Paryż i na jego dalekich peryferiach, a po przekroczeniu obwodnicy miasta przesiadałam się na metro. Po porannym zgiełku pasażerów jadących do pracy, RER stawał się cichy i pusty. Zaspani studenci bez zapału kartkowali swoje notatki, ktoś ziewał, ktoś przysypiał, ktoś spoglądał znudzony w brudną szybę. Monotonny widok linii kolejowych szybko męczył oczy, miarowy stukot zachęcał do przymknięcia powiek. Nie lubiłam jeździć RER’em, tak jak i mieszkania w trzeciej zonie, w której czułam się jak w prowincjonalnym miasteczku. Sklepy z tanią odzieżą, zadymione tabaki z tytoniem na każdym rogu ulicy, podrzędne kawiarnie w których szczerbaci staruszkowie siedzieli cały dzień przy jednej lampce różowego wina, hałaśliwe maszyny czyszczące drogi, obdrapane domy. Nic tu nie było ładne. Gdy tylko nadarzyła się okazja przeprowadzki do eleganckiej dzielnicy Trocadero, z majestatycznymi kamienicami, szerokimi bulwarami i bezpośrednim widokiem na Tour Eiffel zamieszkałej w większości przez bogatych, białych Żydów, a nie Afroamerykanów, Arabów i Azjatów jak na przedmieściach, z nieukrywaną ulgą opuściłam trzecią zonę.
Michale siedział na brzegu wąskiego łóżka, trzymając papierosa w pożółkłych od tytoniu palcach i wpatrywał się w chmurę dymu, wiszącą ciężko w pokoju. Krztusząc się gryzącym powietrzem przywitałam się, przedstawiłam i zapytałam, czy potrzebuje czegoś ze sklepu. Nie zareagował. Chrząknęłam i głośniej powtórzyłam pytanie. Nadal cisza. Przestrzeń zdawała się wibrować. Przez spuszczone żaluzje sączyło się ospałe, blade światło, które kłęby dymu zamieniało w tysiące migocących cząsteczek. Ani moja obecność, ani pytanie o zakupy nie zaburzyły ciszy, w której tkwił. Skonsternowana wyszłam z pokoju i wróciłam do Zofii, która zdążyła zakopać się pod grubą, pstrokatą narzutą na łóżku w sypialni. Podczas kolejnych wizyt Michael zachowywał się identycznie. Tkwił w bezruchu w cuchnącym tytoniem pokoju, często w tych samych ubraniach, w tej samej pozie i z tym samym nieobecnym spojrzeniem. Gdy więc któregoś dnia przywitał mnie entuzjastycznie już w progu mieszkania, objął i zawołał po polsku „Dzień dobry Madeleine”, byłam kompletnie zbita z tropu. Znał moje imię? Czekał na mnie? A zatem rejestrował wszystko, co się działo podczas ostatnich kilku tygodni, gdy przyjeżdżałam do jego domu.
Nigdy nie poznałam całej ich historii. Pozbierałam jedynie pojedyncze fragmenty, którymi Zofia dzieliła się mimowolnie podczas gdy ja wycierałam kurze z licznych bibelotów w salonie. Czasami się powtarzała, niektóre wspomnienia tkwiły w niej wyraźniej niż pozostałe. Czasami to przedmioty wywoływały falę myśli, dźwięk odkładanej filiżanki, zapach posiłku. Dom zdawał się szeptać nieustannie, a Zofia wszystkimi zmysłami chłonęła tę opowieść, by odtworzyć ją ponownie dla mnie.

 c.d.n ... 

10 komentarzy:

  1. Pięknie piszesz:) Mam wrażenie jakbym czytała powieść:) Dziękuję za odrobinę Paryża, bo jeszcze nie miałam szczęścia w nim być..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Anna :* cieszę się ze moimi slowami udało mi się przenieść Cię do Paryża choc na chwilę.

      Usuń
  2. Jak mnie się tu podoba wśród tych pasteli. Przepiękne zdjęcia. Bardzo ładne teksty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zwłaszcza za słowa dotyczące tekstów :) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Cudownie, że w ten sposób możesz na trochę oddalić się od codzienności i ja też mogłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ucieczki od rzeczywistości sa potrzebne, czasem tylko one trzymają mnie przy życiu...
      Pozdrawiam Anonima :)

      Usuń
  4. Piękne teksty tworzysz :) jestem pod ogromnym wrażeniem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło i dziękuję za te słowa :*

      Usuń
  5. O Paryżu czyta się z zapartym tchem. Czy opowieść dzieje się w Belle Epoque, czy w czasach rewolucji, czy to noeoczesność. i chociaż druga wizyta w tym mieście bardzo rozczarowała, to nie przestaje się zachwycać jak to miasto wpływa na każdą opowieść, która się w nim rozgrywa. To ludzie, którzy o nim piszą, wkładają weń tyle miłości, że w ich wizji człowiek się może zakochać. Tak jest i w twoim przypadku. Czekam i będę śledzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że emocje które we mnie budzi to miasto, są tak czytelne w tekstach, które tu publikuję. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

Pisanie jest zawsze dialogiem. Czasami z sobą samym, ale częściej z czytelnikiem. Pisząc publicznie czekam na Twoją odpowiedź. Porozmawiamy?