piątek, 22 lipca 2016

Pies na placu zabaw

Bono ma 10 miesięcy, jest dużym psem, waży 27kg i jest totalnie szalonym! W swojej psiej głowie ma przekonanie, że jest chłopcem, nie psem. Jak jestem z nim sama na spacerze, to ładnie idzie przy nodze, ale jak jestem z chłopcami, to dostaje szału. Wyrywa się do nich, piszczy, szczeka i potwornie ciągnie. Wścieka się, jak bawią się na placu zabaw, a on na smyczy koło ławki musi czekać. Najchętniej sam by z nimi pobiegał po drabinkach. Jest odważny, mądry, ale robi swoje. Mało się słucha i kompletnie nie reaguje na komendy, gdy się go puści ze smyczy. Dostaje małpiego rozumu, jakiś zew natury go wzywa i zaczyna biegać jak szalony, mając moje wołanie w totalnym poważaniu. Każdej nocy śpi przy drzwiami do pokoju chłopców. W dzień gdy się bawią, też wyje i piszczy, żeby go wpuścić do pokoju, a jak już wejdzie, to robi zadymę, zabiera autka, przegryza piłki, zżera maskotki.

pies na placu zabaw dla dzieci. ArtMagda, subiektywnie
Ostatnio chłopcy chcieli iść na plac zabaw koło domu, który jest ogrodzony płotkiem do wysokości kolan. Wiec zabrałam psa, dzieci, jakieś 15 zabawek do piaskownicy i ich zaprowadziłam. Plan był taki, że oni tam poczekają, a ja się przejdę z psem w koło bloku, odprowadzę go do domu i do nich wrócę. Chłopcy weszli i przez ten płotek odbierali ode mnie swoje zabawki. Bono przeskoczył płot w sekundę. Ja odruchowo pociągnęłam go do siebie, on się zaparł, jak krowa i wysunął głowę z kolczatki. Gdy się zorientował, że jest wolny, zaczął skakać jak szalony, wskakiwał do piaskownicy, wbiegał na drabinki, mostki. A to plac zabaw dla dzieci przecież! Zakaz psom! Na szczęście innych dzieci nie było. Dobre piętnaście minut próbowaliśmy go złapać. Nie reagował na wołanie, na nic. 

Wyobraź sobie: upał, żar leje się prosto z nieba, powietrze nawet nie drgnie, jest popołudnie, człowiek zmęczony idzie obładowany jak wielbłąd, zrzuca wszystko i marzy, by tylko usiąść w cieniu, a pies serwuje takie atrakcje! W końcu jak się zmęczył i zatrzymał zziajany, to go złapałam. Chłopcy też się zmęczyli tym bieganiem, wiec zaraz chcieli wracać do domu, bo zapomniałam zabrać picie na plac zabaw. No wiec odprowadziłam psa (III piętro), spakowałam picie, książkę i wracam na plac zabaw. Zdenerwowana, zgrzana, zmęczona. Siadam i myślę: dobrze że nikogo nie było, dobrze że jakimś cudem nikt nie zrobił afery. Ale cudów nie ma. Zaczynam czytać książkę, chłopcy się bawią i po 3 min podchodzi sąsiadka.

- Czy pani widziała tabliczkę z napisem, że psom jest zakaz wstępu? 
- Tak, widziałam.
- Ale pies tu biegał! Ja widziałam! 
- Pies mi uciekł. Próbowałam go złapać, ale jest młody i jeszcze się nie słucha.
- Ale ja widziałam! Biegał z dziećmi! Cały plac zabaw zasrany, to policję trzeba wezwać! Zdjęcia zrobię następnym razem, żeby dowody były!
- Dzieci też próbowały złapać psa, a nie z nim biegały dla zabawy. A jak pani widziała, to trzeba było zejść i nam pomoc - odpowiadam zrezygnowana.

Atakowała mnie dalej; że tak nie można, że to dla dzieci miejsce. A ja jej cały czas odpowiadałam - sięgając do swoich najgłębszych zasobów cierpliwości - że wiem przecież, że nie można, że umiem czytać, że też mam dzieci i jest mi przykro, że tak się stało, ale że to nie było specjalnie. I że jak plac zabaw zasrany, to nie przez mojego psa, bo w euforii biegania nie zdążył się zainteresować żadnym krzaczkiem, a przez bezpańskie koty, które łażą po piaskownicy kiedy chcą i nikt na to uwagi nie zwraca. A ta dalej swoje.

Nie wiem co się ze mną stało, bo ja z natury jestem bezkonfliktową osobą. Nie kłócę się z sąsiadami, nie dyskutuję, zachowuje swoje zdanie dla siebie. Ale tego dnia miałam tak serdecznie wszystkiego dość, że nie wytrzymałam i powiedziałam, że skoro nie widzi różnicy między "pies mi uciekł przypadkiem" a "specjalnie wpuszcza psa na plac zabaw", to ja nie będę z nią dyskutować, bo nie mam o czym. Odwróciłam się plecami i wróciłam do czytania swojej książki. 

Odeszła, mówiąc pod nosem, żebym sobie kanarka kupiła, skoro psa nie umiem upilnować.

Mam nieodparte wrażenia, że sąsiadka zeszła do mnie tylko po to, żeby mnie opieprzyć, a nie żeby dowiedzieć się, co się stało. Intencji pomocy zero. Za to chęci dowalenia aż nadto! Nie słuchamy, aby zrozumieć. Słuchamy, aby odpowiedzieć.

ArtMagda.

4 komentarze:

  1. Mieszkam na strzeżonym osiedlu, a plac zabaw mieści się w centrum dziedzińca głównego. Psy tu nie biegają, ale na około owszem i zostawiają swoje potrzeby na trawnikach gdzie bawią się dzieci na kocach. Wszędzie powbijane są tabliczki "zakaz wprowadzania psów na trawniki"i nawet nie raczy jeden z drugim posprzątać. Masz młodego psa i potrzeba mu koniecznie ogłady, ale może następnym razem (zanim ogarniesz się z Bono) nie wychodźcie wszyscy razem. Na sąsiadów nie ma biedy, zawsze znajdzie się menda, której wszystko przeszkadza. Ja na pewno bym Ci pomogła, jakbym zauważyła co się dzieje. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. masz rację, też już do tego doszliśmy, że musimy chodzić na spacer z psem bez dzieci, wtedy łatwiej nad nim zapanować. Pozdrawiam i dziękuję za chęć pomocy :* :)

      Usuń
  2. Pies ma dopiero 10 miesięcy więc to czas kiedy musisz go wiele nauczyć. Posłuszeństwa przede wszystkim. Pierwszy krok juz masz, rozumie komendy i wykonuje je kiedy jest spokój. Ale problem jest w tzw. "rozproszeniu". To trudne ale nie niemozliwe. Nie licz na to, że jak dorośnie to sam zmądrzeje, musisz go nauczyć. A sąsiadka pokazała, że chodziło jej wyłącznie o to by sie pokłócić a nie wyjasnić sprawę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, masz rację, pies nie mógł się skupić, dostawał małpiego rozumu z natłoku bodźców. Teraz już to wiem.
      Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

      Usuń

Pisanie jest zawsze dialogiem. Czasami z sobą samym, ale częściej z czytelnikiem. Pisząc publicznie czekam na Twoją odpowiedź. Porozmawiamy?