Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza francuska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 sierpnia 2017

Recenzja "Historia Mademoiselle Oiseau" Andrea de La Barre Nanteuil, Lovisa Burfitt, Wydawnictwo Literackie

Na jakiś czas odstawiłam czytanie, zniechęcona ilością kiepskich książek, o których napisałam wam w trzech ostatnich postach. Dosyć już miałam tych rozczarowań, tych miałkich powieści, nijakich bohaterów i słów nadmuchanych niczym wydmuszki.

Historia Mademoiselle Oiseau, recenzja, ArtMagda, Literackie
Ale nie czytać, to jak nie oddychać. A ja nie umiem długo wytrzymać bez powietrza. Kolejny raz złą passę przerwała publikacja Wydawnictwa Literackiego. Kolejny, bo już zimą dopadło mnie potworne znużenie ckliwymi opowiastkami w tematyce około świątecznej. Szczęśliwie jednak w moje ręce trafiła wtedy bardzo dobrze napisana powieść "Życie motyli" - właśnie Wydawnictwa Literackiego - i wyrwała mnie ostatecznie z zimowego snu nie czytania.

Raz - to przypadek. Dwa razy - to już reguła. Jeżeli chcesz dostać dobrą prozę, to sięgnij po dobre wydawnictwo.

"Historia Mademoiselle Oiseau" to balsam dla mojej romantycznej, humanistycznej duszy. Jest to opowieść tak uniwersalna, że zarówno dzieci będą słuchać jej z zapartym tchem, jak i dorośli.

Historia Mademoiselle Oiseau, recenzja, ArtMagda, Literackie
Najpierw nacieszyłam oczy perfekcyjnym wydaniem, dużym formatem, zgrabną czcionką. Następnie pokazałam swoim synom przepiękne ilustracje: grubą, czarną kreskę przechodzącą w rozlane akwarele, ogrom detali i intensywność kolorów. Zaciekawieni zaczęli liczyć ile kotów ukryło się na pierwszym obrazie. Wyszukiwali ptaszki, piórka, guziki i pompony. Kartkowali książkę, tropiąc kolejne rysunki. Obserwowałam zaskoczona, z jaką łatwością weszli w ten niezwykły świat Mademoiselle Oiseau, a gdy zaczęłam czytać im jej historię, słuchali z otwartymi buziami. 

I to jest właśnie magia tej książki. Może czytać ją każdy - od pięciu do stu pięciu lat - i każdy pokocha te dwie, nietuzinkowe Paryżanki: ekscentryczną Mademoiselle Oiseau i nieśmiałą Izabelę.

Historia rozegrana jest na pograniczu rzeczywistości i bajki. Izabelę poznajemy w chwili, gdy jest bardzo nieśmiałą dziewczynką, czującą się tak niepewnie we własnej skórze, że niemal staje się niewidzialna. Przypadkowo trafia do mieszkania sąsiadki, która otwiera przed nią niezwykły świat bajecznych kolorów, magicznych tarasów, niezliczonej ilości kotów i francuskich makaroników. Izabela - nie mając żadnej alternatywy - zagłębia się w ten świat bez wahania i prowadzi nas przez brukowane uliczki Paryża, bujne ogrody, poddasza pełne eleganckich sukien i kapeluszy. Każdy kolejny dzień przynosi nową przygodę. I nową lekcję życia - tak dla Izabeli, jak i dla czytelnika.

Jestem pod wrażeniem warsztatu autorek, tego jak płynnie prowadzą fabułę cienką linią pomiędzy snem a jawą. Tego jak zgrały swoje dwa głosy, by stworzyć jedną, spójną historię. Doświadczenia Izabeli są piękną alegorią poczucia odrzucenia, nieśmiałości i zarazem szukania akceptacji, szukania siebie. Mademoiselle Oiseau uczy dziewczynkę, jak doceniać drobne przyjemności, jak cieszyć się życiem.

Zdaniem Wandy Chotomskiej "Książki dla dzieci trzeba pisać tak, by dorośli się nie zanudzili, czytając je dzieciom". I tak właśnie napisana jest ta opowieść.

Gorąco polecam - małym i dużym czytelnikom - ArtMagda.

poniedziałek, 31 października 2016

Recenzja "Małżeństwo we troje" Eric Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

Lubię opowiadania. Krótkie formy literackie zachęcają do lektury, dają czytelnikowi nadzieję, że 30min spędzone w poczekalni u lekarza akurat wystarczy na jedną historię. Świat pędzi, a my wraz z nim i coraz trudniej znaleźć godzinę dla książki. Coraz trudniej wyciszyć się i skupić na literach, na prostej czynności składania ich w słowa. 

Dlatego opowiadania wpasowują się we współczesny styl życia, są odpowiedzią na oczekiwania zabieganego czytelnika. "Żyjemy coraz dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami" (Wisława Szymborska). Proza celebruje coraz prostsze formy, odrzucając kwiecisty, poetycki styl. Zdania wielokrotnie złożone kurczą się, wielowątkowe sagi rodzinne odchodzą w niepamięć. Emocje, które targają ludźmi, pozostają niezmiennie złożone i tę ich zawiłość właśnie Schmitt potrafi perfekcyjnie rozsupłać, przekładając uczucia na litery, litery na słowa, a słowa w zgrabne opowiadania. 

Małżeństwo we troje, Schmitt, recenzja, ArtMagda, subiektywnie
Eric-Emmanuel Schmitt jest bezsprzecznie mistrzem opowiadań, choć równie wysoko cenię jego sztuki teatralne. Jak nikt inny potrafi w prostych, żołnierskich zdaniach ująć niuanse zachowań międzyludzkich. Pomiędzy zwyczajne słowa płynnie wplata myśli egzystencjalne, przybliżając czytelnikowi idee filozoficzne w możliwie najprostszy sposób. 

"Małżeństwo we troje" to zbiór pięciu opowiadań, które poruszają niezwykle trudne tematy, jak: aborcja, przeszczep organów, czy związki homoseksualne. Schmitt bawi się symboliką, zaskakuje prostota przekazu i trafnością myśli. Na przykładzie skrajnych emocji, jakie nami rządzą w sytuacjach podbramkowych, autor pokazuje prawdziwe oblicze człowieka, naturę której nie sposób oszukać. 

"Szczęście nie polega na tym, by uchronić się przed cierpieniem, ale na tym, by włączyć je do tkanki naszej egzystencji. Jak wygląda życie, które warto przeżyć? Istnieje tyle odpowiedzi, ile ludzi na ziemi. Nigdy nie zaakceptuję tego, by ktoś decydował o tym za mnie lub za innych. Jeżeli dwie osoby godzą się na to, wydaje mi się to podejrzane. Począwszy od trzech osób, przeczuwam dyktaturę." s.310

Ciekawym i wiele wnoszącym w zrozumienie teksów jest dziennik pisarza zamieszczony na końcu całego zbioru. Autor odsłania w nim kulisy powstania poszczególnych opowiadań, przedstawia swój zamysł i swój punkt widzenia. Dzięki tym zapiskom mamy bezpośredni wgląd w notatki pisarza, obserwujemy jego proces twórczy i nie musimy domyślać się "co autor miał na myśl". Dziennik jest subtelnym dodatkiem, ostateczna interpretacja opowiadań pozostaje po stronie czytelnika.

Schmitt z typową sobie lekkością obnaża słabości współczesnego człowieka. Lubię taką prozę, bo bez trudu odnajduję w niej własne odbicie. Każde z pięciu opowiadań daje do myślenia, lecz mnie szczególnie poruszyła historia "Dwóch panów z Brukseli" oraz "Serce w popiele". Nie zdradzę jednak ich fabuły, sięgnijcie sami po książkę Schmitt'a i wybierzcie swoje ulubione opowiadanie. Polecam, ArtMagda. 

Książkę otrzymałam do zrecenzowania od Wydawnictwa Znak Literanowa

czwartek, 5 maja 2016

Recenzja "Zbrodnia hrabiego Neville'a" Amelie Nothomb, Wydawnictwo Literackie

Po raz pierwszy z twórczością Amelie Nothomb spotkałam się na studiach, gdy wybrane fragmenty jej prozy omawialiśmy na zajęciach z literatury francuskiej. Charakterystyczna krótka wręcz minimalistyczna forma, ale jednocześnie bardzo treściwa, bazująca na wartkich dialogach przepełnionych kpiną i sarkazmem do dziś jest znakiem rozpoznawczym książek Nothomb. 

recenzja książki, ArtMagda
"Zbrodnia hrabiego Neville'a" to powieść, w której autorka konsekwentnie trzyma się wypracowanych schematów, co gwarantuje czytelnikowi obeznanemu z jej twórczością pełną satysfakcję z lektury. Mamy tu więc absurdalną intrygę podszytą lekką nutą szaleństwa, duże tempo akcji budowane dynamicznymi dialogami, potyczki słowne naszpikowane czarnym humorem i przede wszystkim bohaterów odrysowanych mocną, karykaturalną kreską. Nothomb jest bez wątpienia mistrzynią gatunku. Z niebywałą lekkością wydobywa ze swych postaci najgorsze przywary, prześmiewa niedorzeczne nawyki i ciasnotę umysłu, a wszystko to zamyka w tragikomicznej scenerii. Chwilami czytając nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać i jest to efekt całkowicie zamierzony przez autorkę. 

Pewnego dnia lokalna wróżka przepowiada hrabiemu Neville, że zamorduje jednego ze swych gości podczas przyjęcia towarzyskiego, które wkrótce zorganizuje. Początkowo hrabia odrzuca nonsensowną wróżbę zapewniając, że nie wierzy w takie głupstwa. Szybko jednak ulega sile sugestii i zamiast zrobić wszystko, by uniknąć tragedii, zaczyna analizować listę zaproszonych gości, by wybrać najmniej lubianą osobę sądząc, że to ją jest mu pisane zamordować. Sytuacji nie ułatwia mu trudna relacja z nastoletnią córką, która ma swój czarny scenariusz na zbrodnię doskonałą i zadręcza nim ojca doprowadzając go najpierw do bezsenności i w końcu niemal do szaleństwa. Najprościej byłoby odwołać przyjęcie, by uniknąć okoliczności sprzyjających spełnieniu przepowiedni. Jest to jednak niedopuszczalne w świecie zakłamania i sztuczności, jakim jest podwórko arystokracji. Czy hrabia ulegnie perswazji córki i wróżki? Czy powracające traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa popchną go do zbrodni? Czy jednak przeciwstawi się przeznaczeniu?

"Po co wymyślono piekło, skoro istnieje coś takiego jak bezsenność?"

Pełna grozy fabuła nasączona komizmem silnie oddziałuje na wyobraźnię czytelnika. Książka wciąga jak najlepszy thriller, a przy tym bawi do łez. Świat przedstawiony przez Amelie Nothomb jest zawsze tylko pretekstem do szerszej analizy współczesnego człowieka. Autorka celnie wytyka błędy i nielogiczne zachowania odmalowując satyryczny obraz danej grupy społecznej. W "Zbrodni hrabiego Neville'a" bez skrupułów obnaża wady arystokracji i jej bezmyślne przywiązanie do tradycji. Nie ma tu miejsca na zdrowy rozsądek. Jest za to farsa i to w najlepszym wydaniu.

Polecam gorąco! ArtMagda.

Książkę otrzymałam do zrecenzowania do Wydawnictwa Literackiego.

piątek, 29 kwietnia 2016

Recenzja "Sekta egoistów" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

Pierwsza książka Schmitt'a, która ukazała się we Francji 21 lat temu, doczekała się premiery także i na polskim rynku wydawniczym. Pisarz który z wykształcenia jest filozofem i który filozofię wykładał na uniwersytecie w Savoie, nie mógł swojej przygody z pisarstwem rozpocząć inaczej niż od traktatu filozoficznego właśnie.

recenzja książki, ArtMagda
Cała fabuła "Sekty egoistów" toczy się wokół myśli XVIII-wiecznego filozofa, według którego otaczający nas świat jest jedynie wytworem naszej wyobraźni, a zatem materia nie istnieje. Człowiek swoim subiektywnym spojrzeniem stwarza przestrzeń wokół siebie. "Nikt nie odczuwa tego samego świata" - trudno się nie zgodzić, prawda? Idąc dalej, człowiek sam jest Bogiem, nie ma nic poza nim. Egocentryzm w najczystszej postaci. A przy tym bardzo trafny tytuł książki, zwłaszcza że autor nie analizuje egoizmu w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Główny bohater zaintrygowany ideą filozofii Egoizmu rozpoczyna poszukiwania i wpada na trop jej założyciela Gasparda Langenhart. Nie jest to jednak łatwa zagadka, ponieważ wszystkie notatki traktujące o Gespardzie zdają się być celowo wymazane z archiwów bibliotecznych. Mocno zdeterminowany bohater próbuje odtworzyć życie Gesparda na podstawie skrawków dowodów jego istnienia. Granica pomiędzy rzeczywistością a mrzonkami kapryśnej wyobraźni zaciera się coraz bardziej. Im dalej zagłębia się w enigmatyczne wskazówki, tym bliższy jest obłędu. 

Mamy zatem treść opisującą współczesne poczynania głównego bohatera, jak i teksty oddające naturę i charakter XVIII-wiecznych zapisów. Autor mistrzowsko operuje językiem, świadomie buduje stylistkę poszczególnych fragmentów, by w efekcie dać nam zaskakująco dobrą, autentyczną prozę. 

Już od pierwszej książki Schmitt przyzwyczaja swojego czytelnika, że nie można czytać go dosłownie. Konsekwentnie trzyma się tego celnego zamysłu w kolejnych powieściach. Otwarte zakończenie, które nie daje jednoznacznej odpowiedzi również jest znakiem rozpoznawczym prozy Schmitt'a. Fabuła skromna w akcję, ale niezwykle bogata w treść, najeżona trafnymi spostrzeżeniami trzyma w zaciekawieniu do ostatniej strony, by ostateczne rozstrzygnięcie intrygi pozostawić interpretacji czytelnika. Polecam, ArtMagda. 

Książkę otrzymałam do zrecenzowania do Wydawnictwa Literanova.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Recenzja "Marzycielka z Ostendy" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

recenzja książki, Schmitt, ArtMagda, subiektywnie
Kolejny zbiór opowiadań Schmitt'a i w sumie te same wnioski, co po przeczytaniu "Odette i inne historie miłosne", o których pisałam Wam w poprzednim poście. Tylko tytułowa "Marzycielka z Ostendy" zasługuje na wyróżnienie. W moim odczuciu mogłaby nawet śmiało stanowić odrębną książkę. Pomimo upływu kilku lat od lektury tego zbioru nadal pamiętam niesamowitą atmosferę, którą autor wyczarował w tym jednym opowiadaniu i jego eteryczną główną bohaterkę. Pozostałe tytuły są niedopracowane, niedokończone i dość banalne. Nawet już nie pamiętam o czym były. Jakby je autor tylko od niechcenia naszkicował licząc, że czytelnik sam dopiszę brakujące akapity. Tylko po co? Czyżby nie wierzył w siłę Marzycielki? Nie ufał, że jest wystarczająca sama w sobie i dlatego chcąc podnieść jej wartość dorzucił pozostałe opowiadania? Niepotrzebnie. 

To przecież ogromne marnotrawienie czasu i papieru, gdy na 5 opowiadań tylko jedno ma w sobie siłę, by zapaść w pamięci na dłużej. Szkoda. Jest potencjał, ale brak konsekwencji ze strony autora. 

Recenzja "Odette i inne historie miłosne" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

Dlaczego lubię czytać zbiory opowiadań? Bo lubię zwięzłość, wolę kilka dobitnych słów niż długie akapity rozlazłej papki. Lubię gdy autor zaskakuje trafną pointą. Krótkie formy literackie sprzyjają też mojemu rytmowi życia. W codziennej gonitwie, w maratonie tysiąca obowiązków łatwiej znaleźć 15 minut na lekturę opowiadania, niż 2 godziny na przeczytanie całej powieści. Lubię też satysfakcję, którą odczuwam, gdy doczytam do końca tekst, a bardziej jest to prawdopodobne w przypadku 50-stronicowego opowiadania właśnie, niż 300-stronicowej książki :)

Opowiadania jednak wbrew pozorom nie są łatwą formą literacką. Te najlepsze trzymają czytelnika w niepewności do ostatniego zdania, podczas gdy te słabsze od razu odkrywają wszystkie karty. Te dobre wyczerpują temat zmuszając jednocześnie do głębszych przemyśleń. Są jak echo, które odbija się w nas jeszcze przez kilka dni po zakończeniu lektury. Te złe tylko szkicują zarys historii, pozostawiają niedosyt, czym irytują czytelnika. Nie skłaniają do refleksji i nie pozostają w pamięci na dłużej. 

Z opowiadaniami Schmitt'a jest różnie. Czasami trafiają mu się wyjątkowo udane, zwłaszcza gdy je dopracuje, gdy widać że dany problem rozpracował z każdej strony. Są wtedy pełne i mogą stanowić odrębną książkę. Tak było z "Napojem miłosnym" czy słynnym "Oskarem i Panią Różą". Niestety zdarzają mu się też i takie, które w moim odczuciu są tylko wstępnym szkicem, brudnopisem autora, z którego dopiero mogłyby powstać dłuższe historie. 

Tak jest niestety ze zbiorem opowiadań "Odette i inne historie miłosne". Na 8 tytułów raptem 2 zasługują na wyróżnienie: "Obca" oraz "Falsyfikat". Każde z ośmiu opowiadań ma jednak dość banalną, przewidywalną fabułę, każde przedstawia bohaterów w sposób powierzchowny i każde tylko zarysowuje historię. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka to zbiór szkiców pisarza, spisanych na szybko, niemal na kolanie. Że to tylko luźne pomysły na kolejne powieści. Zamiast skupić się na jednym z tematów i rozbudować go, dopieścić, tak jak przecież Schmitt potrafi, autor nie wiedzieć czemu wolał wrzucić wszystkie do jednego worka. Może Wydawca ponaglał z publikacją kolejnego tytułu? Może gdy jest się już znanym pisarzem, to korzystając z bycia na fali, trzeba zasypywać rynek wydawniczy nowymi książkami z dużą częstotliwością? 

A może zwyczajnie będąc już tak sławnym traci się z oczu najważniejszy cel - czytelnika. W poprzednich książkach Schmitt'a, a przeczytałam 15 jego tytułów, zawsze czułam, że jako czytelnik jestem ważna. Wiedziałam, że mnie autor szanuje, prowadzi pewnym krokiem w swój tajemniczy świat, odkrywa kolejne karty i zaspokaja moją ciekawość. Tym razem jednak czułam, że to co czytam, jest kierowane do kogoś innego, kogoś kto siedzi za moimi plecami. Niby autor mówi do mnie, ale wzrok ma skierowany gdzieś indziej.

A ja lubię, gdy rozmówca patrzy mi prosto w oczy...

Klik w foto okładki, by przejść do strony z recenzją książki Wydawnictwa Znak. 

piątek, 4 grudnia 2015

Recenzja "Napój miłosny" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova


Wiecie jak to jest dostać przesyłkę z wyczekiwanymi książkami i nie móc się oprzeć natychmiastowej, irracjonalnej wręcz potrzebie rozpoczęcia lektury? Tak było ze mną wczoraj, gdy odebrałam paczkę z księgarni internetowej. Najpierw obmacałam i obwąchałam wszystkie zakupione tytuły, potem rzuciłam  okiem na biurko z zalegającą na nim stertą pracy na wczoraj, by następnie zawinąć się w koc i udając przed samą sobą, że tylko przeglądnę książkę szybciutko, zatopić się w niej na dobrą godzinę!

Książki Schmitt'a uwielbiam i nie jestem w tym zamiłowaniu obiektywna (wybór kierunku studiów wyraźnie zdeterminował moje gusta literackie). Przeczytałam czternaście jego utworów i żaden mnie nie rozczarował. W każdym znalazłam coś wyjątkowego, poruszającego i pozostawiającego trwały ślad w pamięci. Żeby zrozumieć fenomen Schmitt'a należałoby najpierw poznać bliżej współczesną literaturę francuską, tak pisarzy, jak i dzisiejszego francuskiego czytelnika, ale rozpiszę się na ten temat innym razem...

Schmitt jest przede wszystkim genialnym dramaturgiem, dlatego jego powieści bazują na wartkim dialogu typowym dla sztuki teatralnej. Poprzez rozmowę bohaterów potrafi wykreować niebanalny rys postaci, uwypuklić ich osobowość, tak by czytelnik nie miał najmniejszych wątpliwości co do intencji bohaterów. Bez zbędnych i często tak nużących opisów wyczarowuje wiarygodne sylwetki, z którymi natychmiast się utożsamiamy. Nie bez powodu najczęściej wybieraną przez autora formą literacką jest krótkie, zwięzłe opowiadanie, przypowieść, czy dramat.

recenzja książki, ArtMagda, subiektywnie
"Napój miłosny" jest opowiadaniem epistolarnym, co daje ekscytującą możliwość wglądu w prywatna korespondencję Adama i Luizy, niemal jakbyśmy przez ramię im zaglądali. Bohaterów poznajemy w chwili, gdy po pięciu latach związku decydują się na rozstanie. Znajomość jednak trwa poprzez listy, Adam kierowany nieco wyrzutami sumienia i nieco też swoją pychą, a Luiza niegasnącym uczuciem oraz urażoną kobieca dumą, wciąż do siebie piszą nie potrafiąc, czy raczej nie chcąc tak naprawdę, pożegnać się ostatecznie. Kto rzuca sidła miłości? Czy sami wybieramy obiekt naszych westchnień, czy zostajemy wybrani? Czy istnieje złoty środek gwarantujący bezwarunkowe zakochanie? Adam zuchwale twierdzi, że dzięki swoim praktykom psychoterapeuty i ogromnemu doświadczeniu w relacjach damsko-męskich jest w stanie rozkochać w sobie każdą kobietę. Gdy jednak na horyzoncie pojawia się zmysłowa Lily nic już nie jest tak oczywiste, a wyrafinowana, dwuznaczna gra miłosna zdaje się być nie do zatrzymania.

Książka umożliwia czytelnikowi spojrzenie na temat miłości z dwóch perspektyw. Z każdą kolejną stroną odkrywamy jednocześnie siłę kobiecej determinacji oraz słabość męskiej pewności siebie. Zapętlona intryga powoli zaczyna się klarować, a czytelnik ma wrażenie, że przejrzał zamysł pisarza i odkrył wszystkie jego karty, gdy ten w ostatniej chwili wyciąga asa z rękawa i zaskakuje niebanalnym zakończeniem historii. Dobra pointa to cecha każdej książki Schmitt'a, pewnie dlatego tak je lubię i szczerze polecam! ArtMagda.

"Sposobność czyni zakochanym. A miłość daje sposobność"

"Do pewnych rzeczy trzeba się przyzwyczaić, zanim się w nich człowiek rozsmakuje 
- kawa, papierosy, brokuły, samotność..."


Klik w foto okładki, by przejść do strony z recenzją Wydawnictwa Znak.