Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Znak Literanova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Znak Literanova. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 sierpnia 2017

Rozczarowania literackie 2017 - recenzje "Noc ognia", "Dzika droga", "Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno"

Dziś chcę wam napisać o trzech, zgubnych kryteriach, którymi się kierujemy, szukając nowej lektury. Wyboru dokonałam na postawie własnych doświadczeń i choć wyciągnęłam wnioski, to i tak wciąż wpadam w te same pułapki. 

Pierwszym jest zasugerowanie się znanym autorem. To ważne kryterium, każdy ma przecież swoich ulubionych pisarzy. Przypuszczam także, że każdemu z was przyszło się rozczarować, gdy ten 'ukochany' autor napisał słabą książkę, prawda? Najpierw jest radość, że mamy nowiutki tytuł w dłoni, potem zaciekawienie co też tym razem 'nasz' autor wymyślił i czym nas zaskoczy, a na koniec przygnębiająca myśl, że jakąś słabszą formę miał chyba, że ten tytuł do mniej udanych należy. Wciskamy książkę na półkę, na która i tak nic się już nie mieści i obiecujemy sobie, że następnym razem przeczytamy dokładniej notę na tylnej stronie okładki.

Schmitt, Noc Ognia, recenzja, ArtMagda
Przykładem może tu być "Noc ognia" Erica-Emmanuela Schmitta, autora którego dotychczas zawsze kupowałam w ciemno. Książka nie jest zła. Ba, nawet napisałabym, że jest dobra, gdybym nie czytała wcześniejszych jego tytułów. Ale przeczytałam osiemnaście i ten konkretny po prostu nie zachwyca.

Schmitt jest niekwestionowanym mistrzem krótkich form literackich. Jego książki są skarbnicą złotych myśli. Czytając, często podkreślam zgrabne akapity, zachwycam się grą słów i trafnością przekazu. Schmitt to przede wszystkim filozof, który celnie wypunktowuje ludzkie słabości i rozkłada na czynniki pierwsze naturę człowieka.

W "Nocy ognia" nagle pojawia się Bóg, pojawia się siła wyższa, która kieruje działaniami i poglądami głównego bohatera. I to mi zgrzyta. Dotychczas Schmitt skupiał się na człowieku i sile emocji, które nim rządzą. Nawet gdy poruszał tematykę religijną (bo i takie jego książki czytałam), robił to z dystansu, zawsze konstruując niejednoznaczne opinie. To czytelnik miał ostatnie zdanie. Dotychczas także wyraźnie przeważały wątpliwości autora, co do wiary współczesnego człowieka.

W "Nocy ognia" tych wątpliwości nie ma. A to już nie jest 'mój' Schmitt. To nadal świetny pisarz, dramaturg i filozof - bez wątpienia. Ale przed zakupem kolejnej jego książki zastanowię się trzy razy.

------------------------------------------------------

Drugim kryterium jest zasugerowanie się rankingami list bestsellerów. Niby każdy mówi, że bestsellerów nie czyta, bo są to zazwyczaj sztucznie wypromowane książki - wcale nie wysokich lotów i wcale nie ciekawe. Ale jednak marketing robi swoje. Przeglądamy strony internetowe w poszukiwaniu interaktywnej zabawki dla dziecka, a w pasku bocznym, lub w gorszej wersji na całej szerokości ekranu, wyskakują reklamy Empiku, czy Matrasa. Przechodzimy pasażem w galerii handlowej, w poszukiwaniu srebrnych szpilek (gdzieś muszą przecież być i na nas czekają!) i z każdej strony atakują nas gigantyczne okładki najnowszych thrillerów. Nawet w okienku na poczcie, zanim wypełnimy druk do poleconego, oko zdąży wypatrzeć obyczajówkę Michalak, czy kryminał Mroza.

Dzika droga, recenzja, ArtMagda
O "Dzikiej drodze" Cheryl Strayed po raz pierwszy przeczytałam na portalu lubimyczytac.pl. Późnej trafiałam na recenzje blogerów zachwycających się niezwykłą historią dziewczyny, która w poszukiwaniu siebie wyrusza samotnie na szlak. W rankingach bestsellerów tytuł szybko piął się w górę, a w jednym z wywiadów z redaktorką Wydawnictwa Znak usłyszałam, że to najlepsza książka, jaką wydali w ostatnim czasie. Zachęcona tak pozytywnymi opiniami skusiłam się oczywiście.

Lubię powieść drogi, lubię obserwować jak bohater zmienia się i dojrzewa wraz z każdym kolejnym krokiem. Traumatyczne przeżycia, jak śmierć matki, sprzyjają drastycznym zmianom w życiu. Nie dziwi więc, gdy bohaterka rozwodzi się, ani gdy rzuca pracę. Nie dziwi także, gdy popełnia błędy, wpada w ramiona przypadkowych mężczyzn i zatraca się w narkotykowym nałogu. Wszystko jest przewidywalne. Ale czytam dalej z nadzieją, że gdzieś ten fenomen książki musi się ukrywać. Pewnie na następnej stronie.

Pod wpływem impulsu bohaterka decyduje się wyruszyć w samotną, niezwykle karkołomną podróż. I tu dopiero zaczyna się ciekawa historia. Mierząc się z własnymi słabościami i przeciwnościami niedostępnej drogi, Cheryl przechodzi trudny proces oczyszczenia. Na nowo buduje siebie. Dojrzewa.

I wszystko byłoby dobrze, znów napisałabym, że to dobra książka, gdyby nie nużące opisy technicznej strony podróży. W pewnym momencie czytanie o linkach, nożach, konserwach i błocie na włosach zaczyna mi tak uwierać, że przeskakuję całe akapity. Odkładam książkę kilka razy, zniechęcona toporną terminologią wyposażenia plecaka. Przesłanie jest piękne, a proces przemiany bohaterki ładnie przedstawiony, ale wciąż mam mieszane uczucia - bo czy bestsellerem nie powinna być książka, którą czytam z zapartym tchem od deski do deski?

-------------------------------------------------------------

Trzecim kryterium jest zasugerowanie się poleceniami znajomych, czyli koleżanka przeczytała i jej zdaniem książka była świetna. Kolega koleżanki też przeczytał i wybuchał śmiechem co dwie minuty podczas lektury. Dziewczyna tego kolegi również bardzo poleca. Ponoć to dobra powieść. Ponoć bawi i wzrusza do łez. Ponoć. A tymczasem książka okazuje się w najlepszym wypadku słaba, a ty zastanawiasz się komu ją sprezentować.

Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno, ArtMagda, recenzja
O książce pt. "Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno" Raphaelle Giordano najpierw usłyszałam od znajomej, mieszkającej we Francji. Tam tytuł szybko stał się bestsellerem, a koleżanka przekonywała, że muszę koniecznie ją przeczytać, bo odmieni moje życie! Aż tak desperacko odmiany nie potrzebowałam, ale zaintrygowana poczytałam opinie francuskich blogerów i faktycznie na same "ochy i achy" trafiałam. Dopisałam więc tytuł do listy 'must read' i czekałam na polski przekład. Gdy okazało się, że książka została wydana przez Wydawnictwo Muza, bez zastanowienia po nią sięgnęłam.

Problem jednak w tym, że spodziewałam się opowieści o tym, jak dokonać przemiany w sposobie myślenia, podpartej wiedzą psychologiczną, a otrzymałam niepoważną opowiastkę o wymyślonej przez autorkę rutynologii - chorobie, która nas męczy, gdy wpadamy w rutynę dnia codziennego.

Sam pomysł jest ciekawy, ale fabuła tak przewidywalna, że niemal odgadywałam, jakie będą kolejne kroki bohaterki. Lektura była niczym słuchanie płyty, którą zna się na pamięć: pod koniec pierwszego utworu już wiemy, jaki zabrzmi następny.

A ja lubię, gdy książka mnie zaskakuje, gdy bohater dokonuje wyborów, których się nie spodziewam. Może za dużo książek psychologicznych przeczytałam, by ta lekka formuła do mnie przemówiła? A może już tak głęboko popadłam w rutynologię, że nie ma dla mnie ratunku? ;)

-----------------------------------------------------------------

Życzę wam udanego weekendu i samych D O B R Y C H książek!
ArtMagda.

poniedziałek, 31 października 2016

Recenzja "Małżeństwo we troje" Eric Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

Lubię opowiadania. Krótkie formy literackie zachęcają do lektury, dają czytelnikowi nadzieję, że 30min spędzone w poczekalni u lekarza akurat wystarczy na jedną historię. Świat pędzi, a my wraz z nim i coraz trudniej znaleźć godzinę dla książki. Coraz trudniej wyciszyć się i skupić na literach, na prostej czynności składania ich w słowa. 

Dlatego opowiadania wpasowują się we współczesny styl życia, są odpowiedzią na oczekiwania zabieganego czytelnika. "Żyjemy coraz dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami" (Wisława Szymborska). Proza celebruje coraz prostsze formy, odrzucając kwiecisty, poetycki styl. Zdania wielokrotnie złożone kurczą się, wielowątkowe sagi rodzinne odchodzą w niepamięć. Emocje, które targają ludźmi, pozostają niezmiennie złożone i tę ich zawiłość właśnie Schmitt potrafi perfekcyjnie rozsupłać, przekładając uczucia na litery, litery na słowa, a słowa w zgrabne opowiadania. 

Małżeństwo we troje, Schmitt, recenzja, ArtMagda, subiektywnie
Eric-Emmanuel Schmitt jest bezsprzecznie mistrzem opowiadań, choć równie wysoko cenię jego sztuki teatralne. Jak nikt inny potrafi w prostych, żołnierskich zdaniach ująć niuanse zachowań międzyludzkich. Pomiędzy zwyczajne słowa płynnie wplata myśli egzystencjalne, przybliżając czytelnikowi idee filozoficzne w możliwie najprostszy sposób. 

"Małżeństwo we troje" to zbiór pięciu opowiadań, które poruszają niezwykle trudne tematy, jak: aborcja, przeszczep organów, czy związki homoseksualne. Schmitt bawi się symboliką, zaskakuje prostota przekazu i trafnością myśli. Na przykładzie skrajnych emocji, jakie nami rządzą w sytuacjach podbramkowych, autor pokazuje prawdziwe oblicze człowieka, naturę której nie sposób oszukać. 

"Szczęście nie polega na tym, by uchronić się przed cierpieniem, ale na tym, by włączyć je do tkanki naszej egzystencji. Jak wygląda życie, które warto przeżyć? Istnieje tyle odpowiedzi, ile ludzi na ziemi. Nigdy nie zaakceptuję tego, by ktoś decydował o tym za mnie lub za innych. Jeżeli dwie osoby godzą się na to, wydaje mi się to podejrzane. Począwszy od trzech osób, przeczuwam dyktaturę." s.310

Ciekawym i wiele wnoszącym w zrozumienie teksów jest dziennik pisarza zamieszczony na końcu całego zbioru. Autor odsłania w nim kulisy powstania poszczególnych opowiadań, przedstawia swój zamysł i swój punkt widzenia. Dzięki tym zapiskom mamy bezpośredni wgląd w notatki pisarza, obserwujemy jego proces twórczy i nie musimy domyślać się "co autor miał na myśl". Dziennik jest subtelnym dodatkiem, ostateczna interpretacja opowiadań pozostaje po stronie czytelnika.

Schmitt z typową sobie lekkością obnaża słabości współczesnego człowieka. Lubię taką prozę, bo bez trudu odnajduję w niej własne odbicie. Każde z pięciu opowiadań daje do myślenia, lecz mnie szczególnie poruszyła historia "Dwóch panów z Brukseli" oraz "Serce w popiele". Nie zdradzę jednak ich fabuły, sięgnijcie sami po książkę Schmitt'a i wybierzcie swoje ulubione opowiadanie. Polecam, ArtMagda. 

Książkę otrzymałam do zrecenzowania od Wydawnictwa Znak Literanowa

poniedziałek, 17 października 2016

Recenzja "Kręte ścieżki" Richard Paul Evans, Znak literanova

„Kręte ścieżki” to powieść drogi, a zatem jest wędrowiec, jest droga którą przemierza i mądrość, która do niego przychodzi wraz z kolejnym krokiem.

Kręte ścieżki, Evans, recenzja, ArtMagda, subiektywnie
Jak zawsze u Evans'a jest ładnie i poprawnie. Prosty język trafia w czułe punkty czytelnika, przekaz jest czytelny, autor zmusza do refleksji, ale.. ale po zakończonej lekturze nie wiele zostaje w głowie. Przedstawiona historia jest naiwna i przewidywalna, opisy nużące, a postać głównego bohatera niewystarczająco rozbudowana.

Fabuła rozegrana jest wokół motywu przebaczenia. Podróż w którą wyrusza bohater jest poszukiwaniem sensu życia, ma przynieść nadzieję i wolność. Droga i napotkani na niej ludzie symbolizują lekcje prowadzące do poznania siebie.

Przebaczenie jest warunkiem do odzyskania wolności i spokoju ducha. Ale jak dobrze wiemy nie jest łatwo wybaczać, tak innym jak i sobie samemu, dlatego bohater musi przejść ten proces stopniowo czerpiąc naukę i wyciągając wnioski z bolesnych doświadczeń ludzi napotkanych podczas swojej wędrówki. 

„Wybaczyć to znaczy otworzyć klatkę, w której więził nas zły czyn innego człowieka, i wyjść na wolność."

O ile wcześniejsze książki Evans'a bardzo mi się podobały (Papierowe marzenia, Drzwi do szczęścia, Stokrotki w śniegu i Szukając Noel), to ta mnie nie przekonała. Odnoszę wrażenie, że została napisana na siłę, naprędce, na kolanie. Mam nadzieję jednak, że to jednorazowy spadek formy, dlatego zamierzam dać jeszcze jedną szansę Evansowi i sięgnę po kolejny jego tytuł. ArtMagda.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Recenzja przedpremierowa "Paryska żona" Paula McLain, Znak Literanova

Lubisz Paryż? Niekończący się labirynt ulic, zgiełk, hałas, światła latarń? Bajeczne mosty rozrzucone po Sekwanie zapierają dech w piersi, zielone bulwary odkrywają dostojne kamienice, a tobie aż się kręci w głowie od tak melodyjnie brzmiących "pardon, merci, o la la". Lubisz też czytać, prawda? Fascynują cię niezwykli bohaterowie, mroczne tajemnice, niebanalne historie. Uwielbiasz książki, ich zapach, szelest stron. Intrygują cię pisarze, bo kim oni są tak naprawdę? Ludźmi którzy widzą, czują i słyszą znacznie więcej. W takim razie musisz sięgnąć po "Paryską żonę" Pauli McLain, która ukarze się 20 lipca nakładem Wydawnictwa Znak Literanova. 

Hamingway, Paryska żona, recenzja, ArtMagda
Już od pierwszych stron autorka wprowadza nas w świat powojennej, paryskiej bohemy. Świat straconego pokolenia próbującego budować nowe jutro, czując na ramieniu cierpki oddech nie tak dalekiej przeszłości. Są młodzi, biedni, żyją prosto i w tej prostocie odnajdują siłę. Tworzą kręgi skupiające artystów pozornie otwartych na nowości, w rzeczywistości jednak zamkniętych niemal hermetycznie. Spotykają się regularnie w tym samym gronie, w tych samych restauracjach, piją te same trunki, tańczą do rana przy tej samej płycie odtwarzanej setny raz. A w tle rozgrywa się Paryż, poobijany boleśnie ciosami I wojny, ale nadal pewnie stojący na nogach. Paryż magiczny, ale i swojski, z zadymionymi kafejkami, licznymi księgarniami i rybakami smażącymi liche rybki na brzegu Sekwany. 

"Można było wejść do którejkolwiek kawiarni i poczuć cudowny chaos tego wszystkiego, zamówić pernod albo rum St. James i cudownie zatracić się w szczęściu bycia razem". s.9

Narratorką powieści jest pierwsza żona Ernesta Hemingway'a Hadley Richardson i to ona wtajemnicza nas w intymne relacje małżeńskie z przyszłym noblistą. Autorce udało się, na postawie licznych materiałów źródłowych, odtworzyć postać kobiety silnej, odważnej, łamiącej ówczesne konwenanse bez patrzenia na innych, a jednocześnie tak kruchej w obliczu dominującej osobowości Hemingway'a. I choć ich burzliwy związek przetrwał zaledwie 5 lat, to pisarz przyznał po latach, że wolałby umrzeć, niż nigdy nie zakochać się w Hadley. To ona wspierała go, gdy w wieku 21 lat wkraczał w literacki świat, pisząc pierwsze opowiadania i reportaże. To ona widziała siłę w prostych słowach i doceniała szczerość, które stały się cechą charakterystyczną twórczości Hemingway'a.

"Potrzebuję samotności, żeby zacząć pisać, ale gdybym był naprawdę sam, to też by było źle. Muszę wychodzić z domu i wracać tu, i rozmawiać z  tobą. To pozwala mi odczuć rzeczywistość i dlatego wszystko trzyma się kupy". s.162

Czytając powieść Pauli McLain poznajemy warsztat Hemingway'a, jego nawyki pisarskie, rytm pracy, nieustanne notowanie, obserwowanie, poszukiwanie. Dowiadujemy się, że był łasy na pochwały, wysoko cenił swoje umiejętności, wierząc że zmieni bieg literatury. Nie radził sobie z krytyką i zawzięcie rywalizował z pisarzami swojego pokolenia. Potrafił być dowcipny, celnie żonglował ciętą ripostą. Otoczony wianuszkiem kobiet skupiał na sobie uwagę wszystkich. Pod maską kobieciarza, krył jednak małego chłopca domagającego się nieustannie uwagi i bezwarunkowej miłości. 

"Wyrzuć wszystko, co zbędę. Unikaj abstrakcji. Nie podpowiadaj czytelnikowi, co ma myśleć. Niech akcja mówi sama za siebie". s.114

Książka "Paryska żona" wychodzi na wprost wszystkim moim oczekiwaniom wobec literatury. Jest porywająca historia, charyzmatyczne postacie, poruszające wydarzenia i realne emocje. Jest silna kobieta u boku słabego mężczyzny. Jest Paryż, książki i pisanie. Polecam bardzo, warto przeczytać! ArtMagda.

Przedpremierowy egzemplarz do zrecenzowania otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova

wtorek, 21 czerwca 2016

Recenzja "Rachunek" Jonas Karlsson, Literanova

Całe życie można czekać na lepsze warunki, dogodniejsze okoliczności, grubszy portfel, a i tak człowiek się nie doczeka. Zmarnuje tylko dni, miesiące, lata. Zmarnuje jedyną szansę, by być szczęśliwym. Zbyt często nie dostrzegamy, że to co mamy, to co się dzieje tu i teraz, jest kwintesencją szczęścia. Nie doceniamy zdrowia, które przecież nie jest nam dane raz na zawsze, pracy, dzięki której jemy, ubieramy się, podróżujemy, nie widzimy beztroskiego uśmiechu dzieci, nie rozumiemy, że spokojny sen i poczucie bezpieczeństwa są stanami przejściowymi. Cały czas tkwimy w przeświadczeniu, że gdzieś tam trawa jest z pewnością zieleńsza, poranna kawa smakuje lepiej, mieszkania są przytulniejsze, a urlopy bardziej ekscytujące. Umyka nam prawdziwa wartość tego, co jest naszym udziałem. To zwykłe mieszkanie, rodzina, stała praca są przecież dla wielu nieosiągalnym marzeniem, są ich definicją szczęścia właśnie.

recenzja, ArtMagda, książką, Znak, Rachunek, subiektywnie
"Rachunek" to niepozorna książka, która w lekki, przystępny sposób opowiada o najistotniejszych kwestiach egzystencjalnych. Czym jest szczęście? Czy dla każdego z nas jest tym samym? Jak bardzo jest ono kwestią indywidualną? I jak wysoką cenę jesteśmy w stanie za nie zapłacić? 

Powieść szwedzkiego aktora Jonasa Karlssona zaskakuje niebanalnym pomysłem na groteskową historię w iście kafkowskim stylu. Fabuła rozegrana w prostych dialogach toczy się błyskawicznie, autor hipnotyzuje czytelnika absurdalnością wydarzeń, w efekcie książka wciąga tak, że nie sposób odłożyć ją nieskończoną. Bardzo lubię ten stan, gdy dłonie pośpiesznie przewracają kolejne strony, wzrok śledzi tekst w pełnym skupieniu, a myśli galopują w zawrotnym tempie próbując wyprzedzić słowa autora. 

Główny bohater, nieco wyalienowany, bez większych ambicji, żyjący w przeciętnej dzielnicy i mający zwyczajne życie, otrzymuje pewnego dnia niebotycznie wysoki rachunek. W pierwszej chwili lekceważy pismo sądząc, że jest to pomyłka. Gdy jednak po miesiącu trafia do niego przypomnienie o zapłacie, wystraszony kolosalną kwotą będącą całkowicie poza zasięgiem jego możliwości finansowych, kontaktuje się z nadawcą. I tu rozpoczyna się lawina zdarzeń, które mają na celu uzmysłowienia bohaterowi, ale także czytelnikowi, jak wiele ma i jak bardzo tego nie docenia. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się ile byłaby w stanie zapłacić osoba mieszkająca w pokoju bez okna za widok, jaki ty masz codziennie i jakiego z pewnością nie doceniasz? Na ile wyceniłbyś swój spokojny sen? A ile zapłaciłbyś za to błogie poczucie bezpiecznej przystani, gdy co wieczór otwierasz drzwi swojego mieszkania? 

Jonas Karlsson zmusza do smutnej refleksji. Mając wszelkie, niezbędne warunki nie wykorzystujemy ich. Żyjemy w niewiedzy, nieświadomi szczęścia, jakie jest naszym udziałem. Stopniowo, acz konsekwentnie, zatracamy zdolność cieszenia się życiem, doceniania jego najdrobniejszych aspektów. Dlaczego? Być może to współczesny pęd cywilizacji nie pozwala zatrzymać się, zrobić krok w tył by mieć szerszą perspektywę i spojrzeć z wdzięcznością na własne życie. Być może to podskórny, irracjonalny przymus posiadania więcej, podróżowania dalej, sięgania wyżej nakazuje nam nieustannie porównywać się z innymi. Nie bez powodu przecież tak popularne są obecnie media społecznościowe sprzyjające narcystycznej autokreacji. Autor nie daje jednoznacznej odpowiedzi, lecz subtelnie podkreśla na co warto zwrócić uwagę, by życie nie uleciało nam niedocenione przez palce. Nie traci przy tym wiary w człowieka, co może nieco naiwne, ale jest z pewnością bardzo budujące.

Szczerze polecam, doskonała lektura zmuszająca do przemyślenia swojej definicji szczęścia, ArtMagda. Bezpłatny egzemplarz książki do zrecenzowania otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova. 

piątek, 29 kwietnia 2016

Recenzja "Sekta egoistów" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

Pierwsza książka Schmitt'a, która ukazała się we Francji 21 lat temu, doczekała się premiery także i na polskim rynku wydawniczym. Pisarz który z wykształcenia jest filozofem i który filozofię wykładał na uniwersytecie w Savoie, nie mógł swojej przygody z pisarstwem rozpocząć inaczej niż od traktatu filozoficznego właśnie.

recenzja książki, ArtMagda
Cała fabuła "Sekty egoistów" toczy się wokół myśli XVIII-wiecznego filozofa, według którego otaczający nas świat jest jedynie wytworem naszej wyobraźni, a zatem materia nie istnieje. Człowiek swoim subiektywnym spojrzeniem stwarza przestrzeń wokół siebie. "Nikt nie odczuwa tego samego świata" - trudno się nie zgodzić, prawda? Idąc dalej, człowiek sam jest Bogiem, nie ma nic poza nim. Egocentryzm w najczystszej postaci. A przy tym bardzo trafny tytuł książki, zwłaszcza że autor nie analizuje egoizmu w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Główny bohater zaintrygowany ideą filozofii Egoizmu rozpoczyna poszukiwania i wpada na trop jej założyciela Gasparda Langenhart. Nie jest to jednak łatwa zagadka, ponieważ wszystkie notatki traktujące o Gespardzie zdają się być celowo wymazane z archiwów bibliotecznych. Mocno zdeterminowany bohater próbuje odtworzyć życie Gesparda na podstawie skrawków dowodów jego istnienia. Granica pomiędzy rzeczywistością a mrzonkami kapryśnej wyobraźni zaciera się coraz bardziej. Im dalej zagłębia się w enigmatyczne wskazówki, tym bliższy jest obłędu. 

Mamy zatem treść opisującą współczesne poczynania głównego bohatera, jak i teksty oddające naturę i charakter XVIII-wiecznych zapisów. Autor mistrzowsko operuje językiem, świadomie buduje stylistkę poszczególnych fragmentów, by w efekcie dać nam zaskakująco dobrą, autentyczną prozę. 

Już od pierwszej książki Schmitt przyzwyczaja swojego czytelnika, że nie można czytać go dosłownie. Konsekwentnie trzyma się tego celnego zamysłu w kolejnych powieściach. Otwarte zakończenie, które nie daje jednoznacznej odpowiedzi również jest znakiem rozpoznawczym prozy Schmitt'a. Fabuła skromna w akcję, ale niezwykle bogata w treść, najeżona trafnymi spostrzeżeniami trzyma w zaciekawieniu do ostatniej strony, by ostateczne rozstrzygnięcie intrygi pozostawić interpretacji czytelnika. Polecam, ArtMagda. 

Książkę otrzymałam do zrecenzowania do Wydawnictwa Literanova.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Recenzja "Drzwi do szczęścia" Richard Paul Evans, Znak Literanova

O wyjątkowości książek Evans'a może świadczyć fakt, że trudno je zaszufladkować. Sam autor z rozbawieniem przyznaje, że widział już swoje książki na półkach z poradnikami, z książkami religijnymi, a czasem w dziale literatury popularnej obok powieści o miłości. Richard Paul Evans jest bez wątpienia wszechstronnym pisarzem i niezależnie od gatunków, w których pisze, zawsze jego książki trafiają na listy bestsellerów. 

recenzja książki, ArtMagda
Nie przez przypadek pisałam już o trzech książkach Evansa. Lubię jego prostotę przekazu i trafność spostrzeżeń. Jego proza porusza ważne tematy i opowiada o nich w taki sposób, by dotrzeć do każdego czytelnika, bez zbędnej terminologii naukowej. "Drzwi do szczęścia" to kolejny tytuł, który mnie nie zawiódł. Dużym uproszeniem byłoby napisanie, że jest to poradnik o rozwoju duchowym i dążeniu do samoświadomości. W moim odczuciu jest to przede wszystkim dialog autora z czytelnikiem wynikający z potrzeby pisarza, by podzielić się swoja receptą na odnalezienie wewnętrznego spokoju i szczęścia. Tym bardziej dialog ten jest cenny, że treść oparta na autentycznych przeżyciach pisarza brzmi bardzo wiarygodnie. Evans dzieli się z nami swoim doświadczeniem, wyciąga wnioski z porażek i wskazuje właściwe ścieżki. Dostajemy więc od niego niezwykły prezent, będący efektem osobistych przeżyć i rozważań - gotowy klucz do szczęścia. Co nim jest? O tym dowiecie się już sami czytając książkę.

Ważny, i jak sądzę nie przypadkowy, jest tu język książki. Prosty, bezpośredni, brzmiący naturalnie i spontanicznie. W efekcie czytelnik może odnieść wrażenie, że siedzi obok przyjaciela, który opowiada mu w zaufaniu o tym co najważniejsze. W książce znajdziecie także wiele cytatów z poprzednich powieści Evansa. Dla miłośników złotych myśli - prawdziwa skarbnica! 

Warte podkreślenia jest także dobre tłumaczenie. Przyjemnie czyta się książkę, która nie ma błędów stylistycznych, nie ma pozjadanych końcówek słów i powtórzeń w tekście. Wartościowa lektura, którą polecam każdemu, ArtMagda.

Książkę do zrecenzowania otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Recenzja "Marzycielka z Ostendy" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

recenzja książki, Schmitt, ArtMagda, subiektywnie
Kolejny zbiór opowiadań Schmitt'a i w sumie te same wnioski, co po przeczytaniu "Odette i inne historie miłosne", o których pisałam Wam w poprzednim poście. Tylko tytułowa "Marzycielka z Ostendy" zasługuje na wyróżnienie. W moim odczuciu mogłaby nawet śmiało stanowić odrębną książkę. Pomimo upływu kilku lat od lektury tego zbioru nadal pamiętam niesamowitą atmosferę, którą autor wyczarował w tym jednym opowiadaniu i jego eteryczną główną bohaterkę. Pozostałe tytuły są niedopracowane, niedokończone i dość banalne. Nawet już nie pamiętam o czym były. Jakby je autor tylko od niechcenia naszkicował licząc, że czytelnik sam dopiszę brakujące akapity. Tylko po co? Czyżby nie wierzył w siłę Marzycielki? Nie ufał, że jest wystarczająca sama w sobie i dlatego chcąc podnieść jej wartość dorzucił pozostałe opowiadania? Niepotrzebnie. 

To przecież ogromne marnotrawienie czasu i papieru, gdy na 5 opowiadań tylko jedno ma w sobie siłę, by zapaść w pamięci na dłużej. Szkoda. Jest potencjał, ale brak konsekwencji ze strony autora. 

Recenzja "Odette i inne historie miłosne" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova

Dlaczego lubię czytać zbiory opowiadań? Bo lubię zwięzłość, wolę kilka dobitnych słów niż długie akapity rozlazłej papki. Lubię gdy autor zaskakuje trafną pointą. Krótkie formy literackie sprzyjają też mojemu rytmowi życia. W codziennej gonitwie, w maratonie tysiąca obowiązków łatwiej znaleźć 15 minut na lekturę opowiadania, niż 2 godziny na przeczytanie całej powieści. Lubię też satysfakcję, którą odczuwam, gdy doczytam do końca tekst, a bardziej jest to prawdopodobne w przypadku 50-stronicowego opowiadania właśnie, niż 300-stronicowej książki :)

Opowiadania jednak wbrew pozorom nie są łatwą formą literacką. Te najlepsze trzymają czytelnika w niepewności do ostatniego zdania, podczas gdy te słabsze od razu odkrywają wszystkie karty. Te dobre wyczerpują temat zmuszając jednocześnie do głębszych przemyśleń. Są jak echo, które odbija się w nas jeszcze przez kilka dni po zakończeniu lektury. Te złe tylko szkicują zarys historii, pozostawiają niedosyt, czym irytują czytelnika. Nie skłaniają do refleksji i nie pozostają w pamięci na dłużej. 

Z opowiadaniami Schmitt'a jest różnie. Czasami trafiają mu się wyjątkowo udane, zwłaszcza gdy je dopracuje, gdy widać że dany problem rozpracował z każdej strony. Są wtedy pełne i mogą stanowić odrębną książkę. Tak było z "Napojem miłosnym" czy słynnym "Oskarem i Panią Różą". Niestety zdarzają mu się też i takie, które w moim odczuciu są tylko wstępnym szkicem, brudnopisem autora, z którego dopiero mogłyby powstać dłuższe historie. 

Tak jest niestety ze zbiorem opowiadań "Odette i inne historie miłosne". Na 8 tytułów raptem 2 zasługują na wyróżnienie: "Obca" oraz "Falsyfikat". Każde z ośmiu opowiadań ma jednak dość banalną, przewidywalną fabułę, każde przedstawia bohaterów w sposób powierzchowny i każde tylko zarysowuje historię. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka to zbiór szkiców pisarza, spisanych na szybko, niemal na kolanie. Że to tylko luźne pomysły na kolejne powieści. Zamiast skupić się na jednym z tematów i rozbudować go, dopieścić, tak jak przecież Schmitt potrafi, autor nie wiedzieć czemu wolał wrzucić wszystkie do jednego worka. Może Wydawca ponaglał z publikacją kolejnego tytułu? Może gdy jest się już znanym pisarzem, to korzystając z bycia na fali, trzeba zasypywać rynek wydawniczy nowymi książkami z dużą częstotliwością? 

A może zwyczajnie będąc już tak sławnym traci się z oczu najważniejszy cel - czytelnika. W poprzednich książkach Schmitt'a, a przeczytałam 15 jego tytułów, zawsze czułam, że jako czytelnik jestem ważna. Wiedziałam, że mnie autor szanuje, prowadzi pewnym krokiem w swój tajemniczy świat, odkrywa kolejne karty i zaspokaja moją ciekawość. Tym razem jednak czułam, że to co czytam, jest kierowane do kogoś innego, kogoś kto siedzi za moimi plecami. Niby autor mówi do mnie, ale wzrok ma skierowany gdzieś indziej.

A ja lubię, gdy rozmówca patrzy mi prosto w oczy...

Klik w foto okładki, by przejść do strony z recenzją książki Wydawnictwa Znak. 

wtorek, 29 marca 2016

Recenzja "Najgorszy człowiek na świecie" Małgorzata Halber, Znak Literanova

Bardzo mocny debiut Małgorzaty Halber. Osobisty, przejmująco szczery, skutecznie zaburzający cieplutką strefę komfortu czytelnika. Już od pierwszych stron autorka wciąga nas w świat uzależnienia, pokazuje mechanizm choroby, stopniowe, nieodwracalne zatracanie się w odmiennym stanie świadomości. Obnaża wpływ środowiska i rodziny oraz analizuje kolejne etapy terapii. Kreśląc bardzo wiarygodną historię, w dużym stopniu autobiograficzną, opowiada bez ogródek o najmroczniejszych szczegółach alkoholizmu.

recenzja książki, ArtMagda, subiektywnie, Halber
Alkohol jest jednak w moim odczuciu tylko pretekstem do szerszej analizy współczesnego pokolenia. A że autorka jest bardzo dobrym obserwatorem, jak sama o sobie mówi "najchętniej byłaby patrzeniem i słuchaniem", to skutecznie wytyka nam wszystkie wady, serwując wnikliwe spojrzenie na młodego człowieka. W świecie, gdzie rządzą pozory, sztuczny, wręcz karykaturalny obrazek nas samych, agresywna ironia, którą maskujemy własne myśli, sadząc że są ułomne, bo odstają od przyjętych standardów, w świecie permanentnej pustki mentalnej autorka uzmysławia nam, jak łatwo wpaść w błędne koło zakłamania. Bohaterka książki - 30-letnia Krystyna - nie dając sobie przyzwolenia na odczuwanie własnych emocji, nieporadnie i bardzo chaotycznie próbuje zagłuszać je, by nic nie czuć i jednocześnie świadoma pustki w której tkwi, pragnie używkami wyzwolić uczucia właśnie. To cały paradoks nałogu. Alkohol chwilowo tłumi paraliżujący strach i napięcie oraz przynosi pozorną ulgę. Nie da się nim jednak wypełnić dojmującego braku, który wyziera od wewnątrz.

Książka zaskakuje formą, którą przypomina trochę poradnik, a trochę bieżące zapiski z bloga, dzięki czemu mamy niemal perwersyjną możliwość podglądania poczynań bohaterki. Krótkie akapity, krótkie zdania, język bezpośredni i bardzo dosadny. Wszystko to jest w moi odczuciu precyzyjnie przemyślaną formułą. Dzięki takiej konstrukcji książki czytelnik wpada w historię błyskawicznie, uzależnia się od tekstu jak od używki i nie jest w stanie oderwać się od lektury. Chwilami ma się wrażenie, że autorka powtarza niektóre frazy, drepcze w miejscu, ale to także wpasowuje się idealnie w obłędny rytm nałogu. Dodatkowym walorem tekstu są trafne pointy, którymi najeżona jest cała książka. Samo zakończenie natomiast wbija w fotel! Autorka tak nas wodzi za nos, tak sprytnie składa całość, że do ostatniej chwili rośnie w nas przekonanie, że wszystko już wiemy, rozumiemy schemat uzależnienia, sami możemy się niemal auto-diagnozować, wszystko cacy i pięknie, a tu nagle łup! Dostajemy obuchem w głowę i okazuje się, że tak naprawdę nic nie wiemy.

Bardzo, bardzo polecam. Poczynania literackie autorki będę na pewno śledzić. Jestem przekonana, że z takim zmysłem obserwacji i tak wysoką, niecodzienną wrażliwością zaskoczy nas jeszcze nie raz. Warto przeczytać! ArtMagda.

Klik w foto okładki, by przejść na stronę z recenzją Wydawnictwa Znak

poniedziałek, 1 lutego 2016

Recenzja "Papierowe marzenia" Richard Paul Evans, Znak Literanova

recenzja książki, ArtMagda, Evans, subiektywnie
Książki Evansa czyta się jednym tchem, bo nie sposób odłożyć je na bok, po prostu trzeba doczytać do końca. Dotychczas poznałam trzy jego tytuły i śmiało mogę napisać, że wszystkie mają wspólny mianownik, choć każda opowiada inną historię. Są to powieści bazujące na wartkich dialogach, spójnej lecz dość przewidywalnej fabule, postaciach nieco przerysowanych, tak by uwypuklić ich złe lub dobre cechy. I choć czytając historie opowiadane przez Evansa od razu ma się poczucie, że są one naiwne i nierealne, to i tak czyta się je dobrze z lekkim uśmiechem na ustach. Lubimy czytać takie historie po prostu. Lubimy wiedzieć, że są jeszcze dobrzy, uczciwi ludzie na świecie, że dobro zwycięża, jakkolwiek banalnie to zabrzmi. Może po prostu w życiu pełnym szarych odcieni codzienności brakuje nam postaci krystalicznie białych, czy do szpiku kości złych, czarnych bohaterów? Może lubimy te wyidealizowane opowieści, bo wciąż wierzymy w drugiego człowieka, bo wciąż siedzi w nas małe dziecko pragnące słuchać z zapartym tchem i otwartą buzią bajek na dobranoc? 

"Papierowe marzenia" to opowieść o współczesnym synu marnotrawnym, o błądzeniu, popełnianiu błędów i ponoszeniu za nie konsekwencji. To także opowieść o sile ojcowskiej, bezwarunkowej miłości, o przebaczeniu. Cała historia, choć mocno naiwna, wciąga natychmiast i co może wydać się zaskakujące skłania do refleksji nad niepewnością jutra. Główny bohater Luke, młody mężczyzna z zapewnioną przyszłością i bogactwem w wielkiej korporacji stworzonej przez jego ojca, nie mając zbyt dużego doświadczenia w relacjach międzyludzkich i bardzo naiwnie podchodzący do intencji otaczających go ludzi, łatwo daje się skusić znajomym ze studiów na szaloną podróż po Europie. Dysponując milionowy fundusz wydaje mu się, że świat należy do niego, a przyjaciele są szczerzy. Na skutek splotu zaskakujących, ale bardzo prawdopodobnych wydarzeń szybko z bogacza staje się bankrutem i ląduje na ulicy sam, bez grosza, jedzenia i bez nadziei. 

To właśnie ta część książki opowiadająca o jego bezdomności, o spaniu w parku i w kanałach, o głodowaniu, o desperackich próbach znalezienia pracy, przemówiła do mnie najbardziej. Nigdy przecież nie wiemy, co czeka nas jutro, nigdy nie możemy mieć pewności, że rzeczywistość w której żyjemy, czyli praca, dom, rodzina będą zawsze naszym udziałem. Każdy z mijanych na ulicy kloszardów ma jakąś przeszłość za sobą, każdy z nich miał kogoś bliskiego i miał dach nad głową... To smutna lekcja, ale bardzo prawdziwa. Niczego absolutnie być pewnym w życiu nie można, poza śmiercią jedynie, bo ta czeka każdego. Dlatego tak ważne jest, by doceniać dzień dzisiejszy i być wdzięcznym za każde tu i teraz.

Polecam, bo warto. A już wkrótce kolejna recenzja książki Evansa, zapraszam - ArtMagda. 


środa, 30 grudnia 2015

Recenzja "Po schodach do nieba" Betty J. Eadie, Znak Literanova

Nie czytam książek religijnych. Pewnie dlatego, że temat wiary mocno niepoukładany mam w sobie. Wciąż więc odkładam na później tytuły sugerujące nawiązanie do Boga, do życia po życiu, do wiary w szerokim rozumieniu tego słowa w ogóle. Z drugiej jednak strony, co jakiś czas, pojawia się we mnie naturalne, podskórne wręcz, zaciekawienie tematem i wtedy szukam wartościowej lektury. Szukam, lecz nie zawsze znajduję. Było już przecież kilka bestsellerów opisujących przeżycia śmierci klinicznej, ale żaden mnie nie przekonał, a niezaspokojona ciekawość pozostała.

recenzja książki, ArtMagda, subiektywnie
Przeglądając jakiś czas temu ofertę Wydawnictwa Znak przypadkiem trafiłam na książkę "Po schodach do nieba" i jakkolwiek banalnie to zabrzmi - natychmiast wiedziałam, że muszą ją przeczytać. Całość pochłonęłam w jeden wieczór, czy noc właściwie, bo nie byłam w stanie przerwać lektury aż do ostatnich stron, a po zakończeniu trawiłam jej treść przez dobre dwa tygodnie. Książka wrosła się we mnie zapuszczając głębokie korzenie i nie pozwalała o sobie zapomnieć. Wracałam do podkreślonych zdań, czytałam ponownie wybrane fragmenty i wciąż nie znajdywałam słów, by właściwie opowiedzieć Wam o niej. Zawirowania życiowe i gonitwa przygotowań przedświątecznych  na chwilę oddaliły mnie od książki, by dziś znów do niej powróć. Dlaczego? Bo to właśnie jedna z tych nielicznych książek, do których wraca się całe życie, by za każdym razem odnaleźć dokładnie to, czego się szukało. Remedium na chwilowe smutki, wskazówki na zakręcie, czy po prostu pocieszenie, poczucie odnalezienia sensu, niczym brakującego elementu układanki. Mam już w swojej biblioteczce kilka takich pozycji, do których wracam regularnie od lat i bez których mój dom byłby pusty. "Dom bez książek jest przecież jak ciało bez duszy"  jak mawiał Cicero.

"Po schodach do nieba" to opowieść kobiety, która przeżyła dwukrotnie śmierć kliniczną. Pierwszą będąc dzieckiem, co już w jakimś stopniu uczyniło ją wrażliwszą na pewne ulotne sfery życia duchowego. Drugą w dorosłym życiu i to ta druga właśnie stanowi treść książki. Historia opowiedziana jest w sposób najprostszy z możliwych, językiem zwyczajnym, bezpośrednim, bez zbędnej terminologii medycznej i nadmuchanego słownictwa religijnego. Niezależnie od przekonań religijnych, a te u mnie nie są takie oczywiste, książkę czyta się jednym tchem i ani razu nie pojawia się wątpliwość, czy są to realne przeżycia autorki, czy zmyślona na potrzeby rynku historia. 

W dzisiejszych czasach, gdy istnienie duszy i życia po śmierci z taką łatwością poddaje się wątpliwości, ludzi coraz częściej dopada paraliżujący lęk przed umieraniem właśnie. Strach towarzyszy nam na każdym kroku; drżymy o zdrowie swoje i najbliższych, o ciągłość pracy, wystarczające dochody, o pogodę na weekend, gdy mamy zaplanowany wypad w góry, o bezkolizyjną podróż itd itd... Strach nas obezwładnia, człowiek zaczyna wątpić, potyka się i w konsekwencji popełnia błędy. Znacie to aż nazbyt dobrze? W takim razie koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Znajdziecie w niej wszystko to, czego najbardziej w danym momencie życia Wam brakuje. Nie mam wątpliwości.

Książka Betty J. Eadie jest pokrzepiającą opowieścią o sensie życia, dotyka najwrażliwszych strun, jakie ludzkie dusza może mieć. Przyniosła mi ukojenie, spokój wewnętrzny, którego tak mi brakowało, skłoniła do głębokiej refleksji i dała poczucie pewności...  Jej największą zaletą jednak jest to, że każdy odnajdzie tu coś zupełnie innego. Dlatego szczerze polecam, ArtMagda.

Klik w foto okładki, by przejść do recenzji Wydawnictwa Znak.

piątek, 4 grudnia 2015

Recenzja "Napój miłosny" Eric-Emmanuel Schmitt, Znak Literanova


Wiecie jak to jest dostać przesyłkę z wyczekiwanymi książkami i nie móc się oprzeć natychmiastowej, irracjonalnej wręcz potrzebie rozpoczęcia lektury? Tak było ze mną wczoraj, gdy odebrałam paczkę z księgarni internetowej. Najpierw obmacałam i obwąchałam wszystkie zakupione tytuły, potem rzuciłam  okiem na biurko z zalegającą na nim stertą pracy na wczoraj, by następnie zawinąć się w koc i udając przed samą sobą, że tylko przeglądnę książkę szybciutko, zatopić się w niej na dobrą godzinę!

Książki Schmitt'a uwielbiam i nie jestem w tym zamiłowaniu obiektywna (wybór kierunku studiów wyraźnie zdeterminował moje gusta literackie). Przeczytałam czternaście jego utworów i żaden mnie nie rozczarował. W każdym znalazłam coś wyjątkowego, poruszającego i pozostawiającego trwały ślad w pamięci. Żeby zrozumieć fenomen Schmitt'a należałoby najpierw poznać bliżej współczesną literaturę francuską, tak pisarzy, jak i dzisiejszego francuskiego czytelnika, ale rozpiszę się na ten temat innym razem...

Schmitt jest przede wszystkim genialnym dramaturgiem, dlatego jego powieści bazują na wartkim dialogu typowym dla sztuki teatralnej. Poprzez rozmowę bohaterów potrafi wykreować niebanalny rys postaci, uwypuklić ich osobowość, tak by czytelnik nie miał najmniejszych wątpliwości co do intencji bohaterów. Bez zbędnych i często tak nużących opisów wyczarowuje wiarygodne sylwetki, z którymi natychmiast się utożsamiamy. Nie bez powodu najczęściej wybieraną przez autora formą literacką jest krótkie, zwięzłe opowiadanie, przypowieść, czy dramat.

recenzja książki, ArtMagda, subiektywnie
"Napój miłosny" jest opowiadaniem epistolarnym, co daje ekscytującą możliwość wglądu w prywatna korespondencję Adama i Luizy, niemal jakbyśmy przez ramię im zaglądali. Bohaterów poznajemy w chwili, gdy po pięciu latach związku decydują się na rozstanie. Znajomość jednak trwa poprzez listy, Adam kierowany nieco wyrzutami sumienia i nieco też swoją pychą, a Luiza niegasnącym uczuciem oraz urażoną kobieca dumą, wciąż do siebie piszą nie potrafiąc, czy raczej nie chcąc tak naprawdę, pożegnać się ostatecznie. Kto rzuca sidła miłości? Czy sami wybieramy obiekt naszych westchnień, czy zostajemy wybrani? Czy istnieje złoty środek gwarantujący bezwarunkowe zakochanie? Adam zuchwale twierdzi, że dzięki swoim praktykom psychoterapeuty i ogromnemu doświadczeniu w relacjach damsko-męskich jest w stanie rozkochać w sobie każdą kobietę. Gdy jednak na horyzoncie pojawia się zmysłowa Lily nic już nie jest tak oczywiste, a wyrafinowana, dwuznaczna gra miłosna zdaje się być nie do zatrzymania.

Książka umożliwia czytelnikowi spojrzenie na temat miłości z dwóch perspektyw. Z każdą kolejną stroną odkrywamy jednocześnie siłę kobiecej determinacji oraz słabość męskiej pewności siebie. Zapętlona intryga powoli zaczyna się klarować, a czytelnik ma wrażenie, że przejrzał zamysł pisarza i odkrył wszystkie jego karty, gdy ten w ostatniej chwili wyciąga asa z rękawa i zaskakuje niebanalnym zakończeniem historii. Dobra pointa to cecha każdej książki Schmitt'a, pewnie dlatego tak je lubię i szczerze polecam! ArtMagda.

"Sposobność czyni zakochanym. A miłość daje sposobność"

"Do pewnych rzeczy trzeba się przyzwyczaić, zanim się w nich człowiek rozsmakuje 
- kawa, papierosy, brokuły, samotność..."


Klik w foto okładki, by przejść do strony z recenzją Wydawnictwa Znak.

piątek, 9 października 2015

Recenzja "Szukając Noel" Richard Paul Evans, Znak Literanova

Gdy jesteśmy dziećmi wierzymy w Anioły i całe zastępy anielskie, ale jako dorośli zapominamy o ich istnieniu, czy raczej nie przyznajemy się do takich myśli, bo wydają się zbyt naiwne. Evans udowadnia, że jednak czasem Aniołowie schodzą na Ziemię, przybierają ludzką postać i wyciągają do nas dłoń, dokładnie wtedy, gdy stoimy na samym skraju przepaści i zaledwie jeden krok dzieli nas od skoku w nicość...

recenzja książki, ArtMagda, subiektywnie
"Szukając Noel" to ciepła, lekka powieść o przeciwnościach losu, o ludzkich słabościach i o miłości, dzięki której znosimy tak wiele. Zagubiony, zrezygnowany i zdesperowany Marc, będąc krok od popełnienia samobójstwa, spotyka na swojej drodze Macy. Pozornie przypadkowa znajomość przynosi lawinę zmian w życiu obojga młodych ludzi, a Macy staje się dla Marca prawdziwym Aniołem niosącym ratunek i wiarę w drugiego człowieka.

Czasami każdemu z nas przydałby się taki osobisty Anioł, który stawiałby do piony w chwilach, gdy brakuje sił, by podnieść się samemu, prawda? A może warto się rozejrzeć? Może warto nasłuchiwać trzepotu anielskich skrzydeł? Może są znacznie bliżej niż by się nam mogło wydawać...

Dobra, wartościowa powieść, po którą z pewnością warto sięgnąć. Nastraja pozytywnie i wzrusza do łez. Polecam, ArtMagda.

Książkę otrzymałam do zrecenzowania dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak. Klik w foto okładki, aby przejść na stronę z recenzją wydawcy. 

Recenzja "Stokrotki w śniegu" Richard Paul Evans, Znak Literanova

Czy sięgnęlibyście po książkę bożonarodzeniową w samym środku lata? Pewne nie... sama miałam na początku lektury mieszane uczucia, ale szybko wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Mimo iż fabułą powieści "Stokrotki w śniegu" faktycznie toczy się zimowa porą, to opisana historia wciąga bez reszty.

Nie każdy ma to szczęście, by dostać od życia drugą szansę, a szkoda... Pewnie wielu z Was żałuje czasem czegoś, prawda? Pewnie nie raz chcielibyście coś naprawić, zatrzymać w złości wypowiedziane słowa, czy przeciwnie - powiedzieć to, na co kiedyś zabrakło odwagi. Niestety rzadko mamy ku temu okazję. A nawet jak już się nadarza, to nie zawsze ją zauważamy, a zauważoną nie zawsze wykorzystujemy...

recenzja książki, ArtMagda, subiektywnie, Evans
Główny bohater książki Evans'a dostaje właśnie taką drugą szansę i to w dość niecodzienny sposób, a mianowicie czytając swój własny nekrolog w gazecie, który jest wynikiem zwykłej dziennikarskiej pomyłki. Pozornie błahe wydarzenie pozwala mu poznać prawdzie opinie innych na jego temat. Nagle dociera do niego, jak bardzo zatracił się w bezwzględnym świecie biznesu i jak wiele stracił... Brutalnie, acz skutecznie, pomyłkowy nekrolog otwiera mu oczy, na to kim się stał, jak postrzegają go ludzie i jak błędnie odbierał samego siebie.

Motyw winy i odkupienia jest tu więc wyraźnie zarysowany. Książka może nieco naiwna, ale jednak z pięknym przesłaniem, pokrzepiająca, pozostawiająca nadzieję i wiarę w drugiego człowieka. Napisana lekkim i przyjemnym w odbiorze językiem. Czyta się jednym tchem! Prawdziwa opowieść wigilijna, tym razem dla dorosłych :) 

Polecam, ArtMagda.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.  Klik w foto okładki, aby przejść na stronę z recenzją wydawcy.