wtorek, 5 grudnia 2017

Silence calms my soul - o poszukiwaniu siebie

Ten rok był trudny, choć minął mi w mgnieniu oka, gdzieś pomiędzy pokłonem rzęs a ich uniesieniem. Trudny, bo wiele się wydarzyło, wiele musiałam zburzyć, by jeszcze więcej budować na nowo. 

Marcowy wyjazd do Sopotu, pięć dni bycia samej w ciszy i tak upragnionym świętym spokoju, spowodował, że do wielu decyzji w końcu dojrzałam. Nabrałam siły i pewności. To najważniejsza moja tegoroczna lekcja - dla zachowania wewnętrznej równowagi i dla bycia w zgodzie z własnymi pragnieniami potrzebuję czasami pobyć sama (nie mylić z samotna!). 

Myślę, że tego właśnie boją się ludzie - konfrontacji z sobą. A to tu dopiero zaczyna się prawdziwe szczęście.

Kocham ciszę i otwartą przestrzeń. W jakiś magiczny sposób oby dwa te czynniki normują wszystkie rozedrgane struny, jakie noszę w sobie. Jeżdżąc do Francji uwielbiałam zatrzymywać wzrok na wyblakłych dachach Paryża. Ich cisza przyjemnie rezonowała z moim wnętrzem. Wszystkie były takie takie same: zwykłe szary blachy poprzecinane grzebieniami anten, czarnymi rynnami i rdzawymi walcami kominów. Niema przestrzeń, ciągnąca się szarością, aż po drążący horyzont. 

"Silence calms my soul."


Podobną harmonię odnalazłam, jeżdżąc w góry z dziećmi. Najpierw myślałam, że to wzmożony wysiłek pobudzał endorfiny odpowiedzialne za poczucie szczęścia. Ale to nie tylko o wspinaczkę chodziło, choć każdy kamyk na ścieżce miał znaczenie, tak jak i każde potknięcie się i łapanie oddechu. Wdychając górskie powietrze, od którego kręciło mi się w głowie, czułam zapach wilgotnego mchu i żywicy na korze świerków. Zieleń koiła zmęczone spojrzenie, wzrok się wyostrzał i wszystkie zmysły wracały do równowagi. Ukoronowaniem wędrówki był widok ze szczytu, gdzie nic nie ogranicza krajobrazu. Otwarta przestrzeń sprzyja otwartości umysłu. Zupełnie jak nad morzem...

Idąc za głosem intuicji, zmieniłam więc miasto, mieszkanie, pracę, szkołę i środowisko dzieciom. Z zewnątrz patrząc zmieniłam wszystko. Ale w środku czuję, że wróciłam na swoje miejsce. Wróciłam do siebie. Jakbym długo błądziła, chodziła po omacku, odbijając się od ścian, miejsc i ludzi. Droga była długa i mozolna. W między czasie kilka razy cofałam się, skręcałam w ślepe uliczki i potykałam o własny strach. Strach, który nazbyt często dyktował moje wybory. Rozmieniałam się na drobne, szukając równowagi pomiędzy tym czego oczekuję ode mnie inni i co mogę dla nich zrobić, a tym czego pragnę dla siebie i co jest dla mnie ważne.

"May your choices reflect your hopes, 
not your fears."


Wybaczcie więc, że ten rok nie był zbyt aktywny na blogu. W życiu prywatnym był za to aż nadto intensywny! Książki niezmiennie napływały do mnie od wydawnictw, autorów i znajomych, za co chcę serdecznie podziękować! Ale długo nie znajdowałam w sobie sił, ani czasu, ani przestrzeni, by o nich napisać. Gromadziłam kolejne historie, bohaterów i ich emocje i... czekałam. Czekałam, bo byłam pewna, że dobry czas na pisanie powróci. I faktycznie dziś mogę z pełną odpowiedzialnością zadeklarować, że blog wraca do żywych! Wkrótce zasypię Was postami, jak mam nadzieję zima zasypia nas śniegiem na te święta.

Dziękuję za cierpliwość, za to że nadal tu zaglądacie i wypatrujecie recenzji.
Do napisania, ArtMagda.

sobota, 2 grudnia 2017

Książka znajduje człowieka

Wróciłam.
Do pisania. 
Wróciłam do siebie.

Po dłuższej przerwie pora odkopać bloga, opowiedzieć Wam o wszystkich niezwykłych książkach, które przyszły do mnie w ciągu ostatnich miesięcy, bo przecież cisza w eterze nie oznacza wcale, że przestałam czytać!

I tak, dobrze przeczytaliście - książki same przyszły - od zawsze bowiem uważam, że to książka znajduje człowieka, a nie człowiek książkę. Znajduje w najlepszym dla niego momencie, gdy jest na nią gotowy i gdy jej potrzebuje. Czasami bardziej niż powietrza. 

Pora więc przetrzeć kurze w biblioteczce, przeglądnąć tytuły, zrobić miejsce na nocnym stoliku na nowości wydawnicze i zacząć pisać. Jesień zobowiązuje! :) 

A na rozgrzewkę cytat klasyka :) Ciepłego, sobotniego wieczoru Wam życzę, ArtMagda.

środa, 27 września 2017

Recenzja "Pustostan" Agnieszka Nietresta-Zatoń, Prószyński i S-ka

Znakomity debiut z gatunku tych, które trzeba odchorować, który zostawia trwały ślad w pamięci. Długo zbierałam się w sobie, by cokolwiek napisać o tej książce i nadal brakuje mi słów, choć minął rok od lektury "Pustostanu".

Pustostan, recenzja, ArtMagda, Prószyński i S-ka, Agnieszka Nietresta-Zatoń
Autorka rozwala system, zaskakuje precyzyjnym, pięknym językiem (kiedy ostatni raz przeczytaliście słowo "szadź"?), ciekawą konstrukcją fabuły, nieszablonowym podejściem do bohatera i absolutnie mistrzowskim potraktowaniem czytelnika. Agnieszka Nietresta-Zatoń pisze, jak rasowy pisarz! Czytelnik jest bez szans; każde kolejne słowo wwierca mu się precyzyjnie w głowę, boli do żywego, ale nie jest w stanie oderwać się od lektury. 

Największą siłą przekazu "Pustostanu" jest prawda. Prawda, z którą nie mamy szans polemizować. Prawda, która uwiera jak za ciasne buty. Prawda, której sami przed sobą nie chcemy przyznać, a w której autorka zanurza nas już od pierwszych stron i aż do końca nie pozwala wychylić głowy nad powierzchnię. Topimy się w niej, dławimy, tracimy oddech, ale czytamy dalej, nie mogąc przerwać. 

Ignacy Karpowicz tak napisał o "Pustostanie": "Książka wciąga i trzyma jak toksyczna rodzina. Świetnie napisane, chwilami nieodparcie śmieszne - przerażająco śmieszne, bo prawdziwe".

Nic dodać, nic ująć. Warto B A R D Z O przeczytać. Trudna, wymagająca i jednocześnie niezwykle wartościowa lektura. Polecam szczerze! ArtMagda. 

środa, 16 sierpnia 2017

Mój Paryż


Paryż jest gościnny. Jest jak szerokie, ciepłe ramiona matki, która wyczekuje Cię w progu po długiej tułaczce. Niezależnie od pochodzenia, wieku, czy religii, każdy może znaleźć tu kawałek miejsca dla siebie. A jak się raz zagości u tak hojnego gospodarza, zawsze będzie się chciało powracać… Pozostać.

Wieża co noc okrywa się ciepłym, lekko przygaszonym blaskiem. Z jej szczytu wychodzi promień, rytmicznie okrążający miasto. Latarnia morska Paryża - oświetla drogę i wskazuje bezpieczną przystań. Jest akumulatorem miasta, wciąż każe biec i nie pozwala się zatrzymać. Paryż nigdy nie zasypia i wielu próbuje dorównać mu kroku. Z różnym skutkiem.

Na Wzgórzu Montmarte spotykają się dwa światy: Paryż mały, lokalny, z licznymi latarniami, malarzami, obrusami w czerwoną kratę i pobrzękującymi kieliszkami oraz Paryż wielki, europejski – wielokulturowa metropolia przyciągająca tłumy.

W niekończącym się labiryncie ulic, bulwarów, w szeregu dostojnych kamienic z łatwością można się zgubić. Można także się ukryć i poczuć bezpieczną anonimowość pod szarymi dachami Paryża. Ale gdy się ucieka przed sobą, na końcu drogi i tak zawsze czeka spotkanie z własnym smutkiem.

Każdy moment jest dobry, by się zatrzymać. We wszechobecnych parkach, skwerach wciśniętych pomiędzy wiekowe kamienice i całkiem małych zaułkach zieleni, bezczelnie panoszących się na każdym wolnym centymetrze przestrzeni, odnajduję upragnioną ciszę i spokój. Odnajduję siebie. 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Recenzja "Historia Mademoiselle Oiseau" Andrea de La Barre Nanteuil, Lovisa Burfitt, Wydawnictwo Literackie

Na jakiś czas odstawiłam czytanie, zniechęcona ilością kiepskich książek, o których napisałam wam w trzech ostatnich postach. Dosyć już miałam tych rozczarowań, tych miałkich powieści, nijakich bohaterów i słów nadmuchanych niczym wydmuszki.

Historia Mademoiselle Oiseau, recenzja, ArtMagda, Literackie
Ale nie czytać, to jak nie oddychać. A ja nie umiem długo wytrzymać bez powietrza. Kolejny raz złą passę przerwała publikacja Wydawnictwa Literackiego. Kolejny, bo już zimą dopadło mnie potworne znużenie ckliwymi opowiastkami w tematyce około świątecznej. Szczęśliwie jednak w moje ręce trafiła wtedy bardzo dobrze napisana powieść "Życie motyli" - właśnie Wydawnictwa Literackiego - i wyrwała mnie ostatecznie z zimowego snu nie czytania.

Raz - to przypadek. Dwa razy - to już reguła. Jeżeli chcesz dostać dobrą prozę, to sięgnij po dobre wydawnictwo.

"Historia Mademoiselle Oiseau" to balsam dla mojej romantycznej, humanistycznej duszy. Jest to opowieść tak uniwersalna, że zarówno dzieci będą słuchać jej z zapartym tchem, jak i dorośli.

Historia Mademoiselle Oiseau, recenzja, ArtMagda, Literackie
Najpierw nacieszyłam oczy perfekcyjnym wydaniem, dużym formatem, zgrabną czcionką. Następnie pokazałam swoim synom przepiękne ilustracje: grubą, czarną kreskę przechodzącą w rozlane akwarele, ogrom detali i intensywność kolorów. Zaciekawieni zaczęli liczyć ile kotów ukryło się na pierwszym obrazie. Wyszukiwali ptaszki, piórka, guziki i pompony. Kartkowali książkę, tropiąc kolejne rysunki. Obserwowałam zaskoczona, z jaką łatwością weszli w ten niezwykły świat Mademoiselle Oiseau, a gdy zaczęłam czytać im jej historię, słuchali z otwartymi buziami. 

I to jest właśnie magia tej książki. Może czytać ją każdy - od pięciu do stu pięciu lat - i każdy pokocha te dwie, nietuzinkowe Paryżanki: ekscentryczną Mademoiselle Oiseau i nieśmiałą Izabelę.

Historia rozegrana jest na pograniczu rzeczywistości i bajki. Izabelę poznajemy w chwili, gdy jest bardzo nieśmiałą dziewczynką, czującą się tak niepewnie we własnej skórze, że niemal staje się niewidzialna. Przypadkowo trafia do mieszkania sąsiadki, która otwiera przed nią niezwykły świat bajecznych kolorów, magicznych tarasów, niezliczonej ilości kotów i francuskich makaroników. Izabela - nie mając żadnej alternatywy - zagłębia się w ten świat bez wahania i prowadzi nas przez brukowane uliczki Paryża, bujne ogrody, poddasza pełne eleganckich sukien i kapeluszy. Każdy kolejny dzień przynosi nową przygodę. I nową lekcję życia - tak dla Izabeli, jak i dla czytelnika.

Jestem pod wrażeniem warsztatu autorek, tego jak płynnie prowadzą fabułę cienką linią pomiędzy snem a jawą. Tego jak zgrały swoje dwa głosy, by stworzyć jedną, spójną historię. Doświadczenia Izabeli są piękną alegorią poczucia odrzucenia, nieśmiałości i zarazem szukania akceptacji, szukania siebie. Mademoiselle Oiseau uczy dziewczynkę, jak doceniać drobne przyjemności, jak cieszyć się życiem.

Zdaniem Wandy Chotomskiej "Książki dla dzieci trzeba pisać tak, by dorośli się nie zanudzili, czytając je dzieciom". I tak właśnie napisana jest ta opowieść.

Gorąco polecam - małym i dużym czytelnikom - ArtMagda.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Recenzja "Piękne życie" Shauna Niequist, Wydawnictwo Znak

Znacie to uczucie, gdy tak wiele oczekujecie od książki, a tak niewiele wam po niej pozostaje? Jak jest cała kiepska, to pół biedy. Gorzej, jak jest dobra, naprawdę świetnie napisana, a jednak jakiś niedosyt pozostawia. Może nie rozczarowanie - bo to za duże słowo - ale jednak lukę, przestrzeń, której nie wypełniły słowa, nawet najprecyzyjniej skrojone. 

Pięne życie, recenzja, ArtMagda, Znak
"Piękne życie" to najnowsza książka amerykańskiej autorki Shauny Niequist, która ukazała się w lipcu na polskim rynku nakładem Wydawnictwa Znak. Okładka, trzeba przyznać, jest zachwycająca; przyjemna w dotyku faktura płótna i baśniowy, naszkicowany z fantazją kwiat, przeplatający się między literami. Karty z wysokiej jakości papieru, wytonowana czcionka, czytelny podział na rozdziały. Już samo trzymanie w rękach takiego egzemplarza to radość dla miłośnika książek - dopieszczenie jego potrzeb estetycznych.

Piękna okładka podkreśla tytułowe piękno życia. To nie przypadek, a trafny zamysł wydawniczy - jestem pod wrażeniem. 

Świetny jest także styl autorki; lekki, płynny, przejrzysty. Nic tu nie zacina, nie zgrzyta, nie zamęcza czytelnika. Autorka snuje swoją opowieść tak swobodnie, że niemal od niechcenia. Celnie dobiera słowa, układając zgrabne akapity i formułuje niebanalne przemyślenia. Zmusza do pochylenia się nad własnym życiem i to jest bez wątpienia największa siła jej przekazu.

Droga, jaką pokonała autora, by przestać starać się zadowolić wszystkich i w końcu zatroszczyć się o siebie - okazała się naturalną koleją rzeczy, wynikającej z wieku i doświadczenia. Człowiek o rozbudzonej świadomości może odmienić swój los i Shauna Niesquist tego właśnie dokonała. Z zapracowanej, zabieganej, notorycznie przemęczonej matki stała się wyciszoną, zasłuchaną we własne potrzeby kobietą. Piękna, pokrzepiająca przemiana.

Problem jednak w tym, że w ostatnim czasie sporo książek opiewających proste, minimalistyczne życie pojawiło się na rynku. Przeczytałam co najmniej kilka tytułów o potrzebie zatrzymania się, przewartościowania, odrzucenia pędu cywilizacyjnego i cieszenia się wspólnymi chwilami z bliskimi. Być może więc dlatego nic mnie tu nie zaskoczyło. Pozostał niedosyt.

Dużą rolę w procesie przemiany - procesie odzyskiwania siebie, odegrała głęboka wiara pisarki. I tu pojawia się pytanie; czy pisanie o konkretnej religii i opierania się na sztywnym kręgosłupie etycznym, jaki ona dyktuje, trafi do każdego czytelnika? Mam wątpliwości, zwłaszcza że mi samej wychwalanie znaczenia modlitwy i poczucia wspólnoty religijnej chwilami uwierało. A z zapowiedzi wydawcy nic nie wskazywało, że będzie to opowieść tak mocno zakorzeniona religijnie.

Dlatego mam mieszane odczucia po lekturze "Pięknego życia". Ani to poradnik, ani powieść. Raczej opowieść przyjaciela, który ciepłym gestem zaprasza, byś usiadł obok niego na werandzie i wysłuchał jego historii. A czy coś z niej wyniesiesz zależy od tego, na jakim etapie własnej drogi jesteś.

Jeżeli czujesz, że twoje życie nabrało niebezpiecznej prędkości, to ta książka pomoże ci się zatrzymać. Warto spróbować. Polecam, ArtMagda.

Książkę otrzymałam do zrecenzowania dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak.

piątek, 4 sierpnia 2017

Rozczarowania literackie 2017 - recenzje "Noc ognia", "Dzika droga", "Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno"

Dziś chcę wam napisać o trzech, zgubnych kryteriach, którymi się kierujemy, szukając nowej lektury. Wyboru dokonałam na postawie własnych doświadczeń i choć wyciągnęłam wnioski, to i tak wciąż wpadam w te same pułapki. 

Pierwszym jest zasugerowanie się znanym autorem. To ważne kryterium, każdy ma przecież swoich ulubionych pisarzy. Przypuszczam także, że każdemu z was przyszło się rozczarować, gdy ten 'ukochany' autor napisał słabą książkę, prawda? Najpierw jest radość, że mamy nowiutki tytuł w dłoni, potem zaciekawienie co też tym razem 'nasz' autor wymyślił i czym nas zaskoczy, a na koniec przygnębiająca myśl, że jakąś słabszą formę miał chyba, że ten tytuł do mniej udanych należy. Wciskamy książkę na półkę, na która i tak nic się już nie mieści i obiecujemy sobie, że następnym razem przeczytamy dokładniej notę na tylnej stronie okładki.

Schmitt, Noc Ognia, recenzja, ArtMagda
Przykładem może tu być "Noc ognia" Erica-Emmanuela Schmitta, autora którego dotychczas zawsze kupowałam w ciemno. Książka nie jest zła. Ba, nawet napisałabym, że jest dobra, gdybym nie czytała wcześniejszych jego tytułów. Ale przeczytałam osiemnaście i ten konkretny po prostu nie zachwyca.

Schmitt jest niekwestionowanym mistrzem krótkich form literackich. Jego książki są skarbnicą złotych myśli. Czytając, często podkreślam zgrabne akapity, zachwycam się grą słów i trafnością przekazu. Schmitt to przede wszystkim filozof, który celnie wypunktowuje ludzkie słabości i rozkłada na czynniki pierwsze naturę człowieka.

W "Nocy ognia" nagle pojawia się Bóg, pojawia się siła wyższa, która kieruje działaniami i poglądami głównego bohatera. I to mi zgrzyta. Dotychczas Schmitt skupiał się na człowieku i sile emocji, które nim rządzą. Nawet gdy poruszał tematykę religijną (bo i takie jego książki czytałam), robił to z dystansu, zawsze konstruując niejednoznaczne opinie. To czytelnik miał ostatnie zdanie. Dotychczas także wyraźnie przeważały wątpliwości autora, co do wiary współczesnego człowieka.

W "Nocy ognia" tych wątpliwości nie ma. A to już nie jest 'mój' Schmitt. To nadal świetny pisarz, dramaturg i filozof - bez wątpienia. Ale przed zakupem kolejnej jego książki zastanowię się trzy razy.

------------------------------------------------------

Drugim kryterium jest zasugerowanie się rankingami list bestsellerów. Niby każdy mówi, że bestsellerów nie czyta, bo są to zazwyczaj sztucznie wypromowane książki - wcale nie wysokich lotów i wcale nie ciekawe. Ale jednak marketing robi swoje. Przeglądamy strony internetowe w poszukiwaniu interaktywnej zabawki dla dziecka, a w pasku bocznym, lub w gorszej wersji na całej szerokości ekranu, wyskakują reklamy Empiku, czy Matrasa. Przechodzimy pasażem w galerii handlowej, w poszukiwaniu srebrnych szpilek (gdzieś muszą przecież być i na nas czekają!) i z każdej strony atakują nas gigantyczne okładki najnowszych thrillerów. Nawet w okienku na poczcie, zanim wypełnimy druk do poleconego, oko zdąży wypatrzeć obyczajówkę Michalak, czy kryminał Mroza.

Dzika droga, recenzja, ArtMagda
O "Dzikiej drodze" Cheryl Strayed po raz pierwszy przeczytałam na portalu lubimyczytac.pl. Późnej trafiałam na recenzje blogerów zachwycających się niezwykłą historią dziewczyny, która w poszukiwaniu siebie wyrusza samotnie na szlak. W rankingach bestsellerów tytuł szybko piął się w górę, a w jednym z wywiadów z redaktorką Wydawnictwa Znak usłyszałam, że to najlepsza książka, jaką wydali w ostatnim czasie. Zachęcona tak pozytywnymi opiniami skusiłam się oczywiście.

Lubię powieść drogi, lubię obserwować jak bohater zmienia się i dojrzewa wraz z każdym kolejnym krokiem. Traumatyczne przeżycia, jak śmierć matki, sprzyjają drastycznym zmianom w życiu. Nie dziwi więc, gdy bohaterka rozwodzi się, ani gdy rzuca pracę. Nie dziwi także, gdy popełnia błędy, wpada w ramiona przypadkowych mężczyzn i zatraca się w narkotykowym nałogu. Wszystko jest przewidywalne. Ale czytam dalej z nadzieją, że gdzieś ten fenomen książki musi się ukrywać. Pewnie na następnej stronie.

Pod wpływem impulsu bohaterka decyduje się wyruszyć w samotną, niezwykle karkołomną podróż. I tu dopiero zaczyna się ciekawa historia. Mierząc się z własnymi słabościami i przeciwnościami niedostępnej drogi, Cheryl przechodzi trudny proces oczyszczenia. Na nowo buduje siebie. Dojrzewa.

I wszystko byłoby dobrze, znów napisałabym, że to dobra książka, gdyby nie nużące opisy technicznej strony podróży. W pewnym momencie czytanie o linkach, nożach, konserwach i błocie na włosach zaczyna mi tak uwierać, że przeskakuję całe akapity. Odkładam książkę kilka razy, zniechęcona toporną terminologią wyposażenia plecaka. Przesłanie jest piękne, a proces przemiany bohaterki ładnie przedstawiony, ale wciąż mam mieszane uczucia - bo czy bestsellerem nie powinna być książka, którą czytam z zapartym tchem od deski do deski?

-------------------------------------------------------------

Trzecim kryterium jest zasugerowanie się poleceniami znajomych, czyli koleżanka przeczytała i jej zdaniem książka była świetna. Kolega koleżanki też przeczytał i wybuchał śmiechem co dwie minuty podczas lektury. Dziewczyna tego kolegi również bardzo poleca. Ponoć to dobra powieść. Ponoć bawi i wzrusza do łez. Ponoć. A tymczasem książka okazuje się w najlepszym wypadku słaba, a ty zastanawiasz się komu ją sprezentować.

Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno, ArtMagda, recenzja
O książce pt. "Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest tylko jedno" Raphaelle Giordano najpierw usłyszałam od znajomej, mieszkającej we Francji. Tam tytuł szybko stał się bestsellerem, a koleżanka przekonywała, że muszę koniecznie ją przeczytać, bo odmieni moje życie! Aż tak desperacko odmiany nie potrzebowałam, ale zaintrygowana poczytałam opinie francuskich blogerów i faktycznie na same "ochy i achy" trafiałam. Dopisałam więc tytuł do listy 'must read' i czekałam na polski przekład. Gdy okazało się, że książka została wydana przez Wydawnictwo Muza, bez zastanowienia po nią sięgnęłam.

Problem jednak w tym, że spodziewałam się opowieści o tym, jak dokonać przemiany w sposobie myślenia, podpartej wiedzą psychologiczną, a otrzymałam niepoważną opowiastkę o wymyślonej przez autorkę rutynologii - chorobie, która nas męczy, gdy wpadamy w rutynę dnia codziennego.

Sam pomysł jest ciekawy, ale fabuła tak przewidywalna, że niemal odgadywałam, jakie będą kolejne kroki bohaterki. Lektura była niczym słuchanie płyty, którą zna się na pamięć: pod koniec pierwszego utworu już wiemy, jaki zabrzmi następny.

A ja lubię, gdy książka mnie zaskakuje, gdy bohater dokonuje wyborów, których się nie spodziewam. Może za dużo książek psychologicznych przeczytałam, by ta lekka formuła do mnie przemówiła? A może już tak głęboko popadłam w rutynologię, że nie ma dla mnie ratunku? ;)

-----------------------------------------------------------------

Życzę wam udanego weekendu i samych D O B R Y C H książek!
ArtMagda.